Publikacje o lektorach
ARTYKUŁY, AUDYCJE, FILMY

Permanentny przegląd prasy, portali internetowych, społecznościowych, radia i telewizji. Zbieramy wszelkie publikacje na temat lektorów i ich pracy. Efekt naszych poszukiwań znajdziesz w tym dziale. Jeśli masz coś czego tu nie ma, podziel się linkiem! Koniecznie daj nam znać!

W cyklu wywiadów BLIŻEJ MIKROFONU rozmawiamy z lektorami nie tylko o doświadczeniach zawodowych, ale też o tym, co ich osobiście ukształtowało, co ich porusza poza pracą. O sprawach, których nie znajdziecie w notach encyklopedycznych. Choć oczywiście polecamy opracowane przez nas biografie w bazie SYLWETKI LEKTORÓW.

 

Przemysław Strzałkowski polscylektorzy.pl: Mamy piękny, warszawski dzień. Czy pamiętasz moment, w którym pomyślałeś – to już moje miasto, czuję się już u siebie?

Michał Celeda: Asymilowałem się dość szybko, bo wcześniej bardzo często przyjeżdżałem do Monisi, mojej przyszłej żony. Potem, od 2004 roku, dojeżdżałem z Warszawy do pracy w łódzkim Radiu Eska, w którym pracowałem wtedy 3 lata. Dobrze pamiętam, że od 1 czerwca 2005 zacząłem pracować w warszawskiej Esce. 

Eska, Radio ZET, w Wirtualnej Polsce kierowałeś działem Open FM… Po tylu latach w mediach mógłbyś powiedzieć: jestem z zawodu dyrektorem (śmiech). Zatem jakim jesteś szefem? 

Każdy lider czy menadżer może powie o sobie: jestem świetny! Ale ocena nie należy do mnie, choć swoją pracę podsumuję tak: zawsze dawałem z siebie wszystko. 
Nie byłem z zawodu dyrektorem, tylko gościem uwielbiającym muzykę, kreatywność i radio samo w sobie. Czy to radio z lat, w którym samemu wybierało się muzykę z płyt, czy w późniejszych latach radio programowane, z dobrze opisanymi, konkretnymi wejściami – co, dlaczego i po co. Z rozpisaniem produktu i grupy, do której kieruje się komunikat.
Na początku byłem dj’em, później dodatkowo zostałem sekretarzem redakcji, by po wielu latach w Esce zostać zastępcą dyrektora programowego i muzycznego. Dopiero wtedy zaczęła się zabawa w bardziej konkretne zarządzanie. Takie trochę pokazywanie co trzeba zrobić, a trochę też trzymanie za rękę w najtrudniejszych momentach i pokazywanie kierunku. Poza tym przejście w 2018 roku do Radia Zet i objęcie po jakimś czasie stanowiska redaktora naczelnego i dyrektora programowego przyspieszyło mój proces rozwoju.  
Podsumowując. Uważam się za dobrego człowieka, mam swoje wartości według których żyję, działam i podejmuję decyzje. Mam w sobie ogromną wdzięczność za wspaniałych ludzi, których spotkałem na swojej radiowej drodze… od Sochaczewa zaczynając, a na świetnym Radiu Zet kończąc.

Nie przestaje się być dziennikarzem muzycznym, to natura. Czy nie uwierało cię granie z programowanej listy, czy radio nie traci przez to romantyzmu?

Traci, ale wszystko zależy od ciebie i od tego, jakim jesteś człowiekiem. Jeśli jesteś tylko odtwórcą, to będzie ci ciężko. Jeśli jednak potrafisz się tym bawić, kreować, tworzyć… to nawet do zaplanowanej przez kogoś innego muzyki możesz dołożyć siebie i dodatkową, wspaniałą i angażującą innych opowieść. 
Teraz tego po mnie nie widać, ale w wieku 16 lat miałem długie włosy, nosiłem koraliki i grałem na gitarze. Moją muzyką były lata 70 i… grunge – konkretnie to Nirvana. Moja fascynacja Kurtem zaczęła się od ich pierwszej punkowej płyty „Bleach”, a tym samym mojej pierwszej kasety kupionej w składnicy harcerskiej w Sochaczewie. 
Patrząc z tej perspektywy – gdy trafiłem do radia, nie mogłem sobie tak po prostu zagrać Nirvany. Trzeba dostosować myślenie i muzykę do tego, czego potrzebują od radia ludzie, czyli towarzyszenia, dobrej energii… To zmienia narrację na zewnątrz, ale też to twoje własne podejście. Co ciekawe polubiłem muzykę, którą grałem. Nie zawsze musiała mi się podobać, ale poprzez swoją umiejętność kreacji zawsze dobrze się bawiłem.

Powiedziałeś „trafiłem do radia”… Twoje pierwsze trzy stacje to FAMA w Sochaczewie, potem Victoria w Łowiczu, wreszcie skierniewickie RSC. Powspominajmy urocze początki, szalone lata dziewięćdziesiąte!

Trafiłem, bo chciałem być jak Kurt Cobain – tworzyć fantastyczne utwory, grać na gitarze, jeździć z zespołem po świecie i… usłyszałem w radiu FAMA Sochaczew ogłoszenie, że szukają kogoś do działu technicznego, czyli obróbki dźwięku. Zatem trafiłem do radia i w pierwszym tygodniu pracy zostałem poproszony o… przeczytanie reklamy radiowej. Tak, to była moja pierwsza reklama: „Sklep wielobranżowy Merkury zaprasza”. Jak już „dałem głos”, to poszło. 
Trafiłem na antenę, a podczas mojego pierwszego wejścia – przypominam, że w radiu nikt cię nie widzi – tak się jąkałem, że w końcu „zjarałem cegłę” i… wyłączyłem mikrofon. To były wesołe czasy. Muzykę wybierało się samemu. Do tego wszechobecne trytytki i tzw. sznurek do snopowiązałki; musieliśmy połączyć wiele rzeczy, by te z kolei zadziałały. Teraz jest lepiej, a może gorzej… na pewno jest inaczej (śmiech).

Przypomnijmy, że za komuny podczas pompatycznie ogłaszanej „akcji żniwnej” sznurka do snopowiązałek zawsze brakowało. 

Dobrze, że wiele rzeczy się zmieniło. W latach 90 mieliśmy wielką szafę z magnetofonem szpulowym, który nagrywał program – w razie kontroli KRRiTV musiał być nagrany. Jeszcze nie zacząłem programu, nie zacząłem mówić, a już byłem zestresowany tym, czy dobrze nawinąłem taśmę i czy włączyłem nagrywanie. Teraz na samo wspomnienie tego momentu po prostu się uśmiecham. 

 

 

A stół montażowy? Taki z rowkami do cięcia taśmy? 

Tak! Później weszły DAT-y (kaseta Digital Audio Tape, wprowadzona przez Sony, łączyła wszelkie zalety taśmy magnetofonowej - łatwość nagrywania, mobilność - z wysokiej jakości dźwiękiem cyfrowym – przyp. red.) i mini-dyski, z których grało się reklamy.
Przeskakujące płyty generowały w tamtych czasach wiele zabawnych sytuacji… to były dobre lata.

Podczas pracy w radiu zostałeś również lektorem. Domyślam się, że szefując Esce czy ZET-ce także wybierałeś i zatrudniałeś głosy lektorskie?

Tak. Jako lektor czytam od 2010 roku, a jeśli chodzi o radio to jestem dumny z tego, że jako zastępca dyrektora programowego w Radiu Eska podpowiedziałem mojemu dyrektorowi głos do sprawdzenia, a dokładnie Pawła Ciołkosza, którego kojarzyłem wtedy z dubbingu – z bajek, które oglądaliśmy z naszym Synem. Paweł, fantastyczny gość, przyszedł na casting i jest głosem Eski od wielu, wielu lat. A ja z Pawłem współpracuję teraz przy „Googlebox – przed telewizorem”, w którym jestem lektorem.

Przy okazji odsyłam do naszego wywiadu z Pawłem: „Jestem nieśmiały i dlatego zostałem aktorem”.

Tak. Koniecznie trzeba to przeczytać. Wracając do lektorów, z kolei głosem ZET-ki był Daniel Kondraciuk, którego zmieniono dopiero po moim odejściu. Mam ogromny szacunek do pracy lektorskiej, ponieważ znam ją z własnej praktyki. Ta robota jest ogromnie satysfakcjonująca, choć czasami bywa niewdzięczna. Doceniam pracę każdego lektora, bo nie jest to zajęcie proste i oczywiste.
W mojej pracy lektora uwielbiam siedzieć w jakimś nienazwanym spokoju w moim domowym studiu i po prostu… czytać reklamy, a przede wszystkim audiobooki i przeróżne programy dla telewizji. 

Masz doświadczenie lektorskie z różnymi telewizjami – TVN, TTV, Polsat, TVP. A co spowodowało, że we wrześniu 2021 zrezygnowałeś z kierowania ZET-ką?

Przede wszystkim opieka nad moją żoną. Ona zawsze była najważniejsza. Do radia już później nie wróciłem. Pozostaje lektorstwo, które wcześniej wygasiłem będąc dyrektorem programowym i naczelnym Radia ZET. Uwielbiam pracę głosem, ale trudno to było pogodzić. Radio i lektorstwo to zupełnie inna praca, a przecież i tu… i tu jest mikrofon. 
Po odejściu z radia zajmowałem się żoną, która miała nawrót choroby nowotworowej. 

Pierwszą diagnozę usłyszeliście w 2017 – i wtedy udało się z tym cholerstwem wygrać. Gdy po czterech latach nastąpił nawrót, byłeś bardziej zły i załamany czy zmobilizowany do walki? To pewnie cały kocioł emocji. Łatwo pytać.

Jest takie powiedzenie marketingowe, którego używam w życiu i na szkoleniach: „To zależy”. I rzeczywiście to zależy od podejścia. Mieliśmy je z żoną zawsze bardzo pozytywne, choć trochę w tym życiu przeszliśmy. Dwa poronienia… Moja żona w 2014 roku urodziła córkę w 21 tygodniu ciąży, w 2016 przeszedłem przeszczep nerki i gdy w 2017 okazało się, że Monisia ma nowotwór piersi, który trzeba zoperować… chemioterapia, naświetlania, to… wiesz, nie lubię określenia „walka”. Wolę raczej „proces zdrowienia”, więc w niego a nie w walkę weszliśmy. Jeśli przytrafia się jakieś wyzwanie, w tym przypadku choroba, to trzeba się przeorganizować. Byłem po prostu menadżerem do spraw kryzysowych. Wiedzieliśmy, że żona potrzebuje w chorobie spokoju. To dało nam jakość istnienia i wychodzenia z trudnej sytuacji – ten spokój staraliśmy się sobie zawsze zapewniać.
W 2020 roku, w trakcie pandemii, znów coś zaczęło się dziać. Nie wiedzieliśmy dokładnie co, ale podejrzewaliśmy nawrót. A 2021 był dla nas niezwykłym wyzwaniem; najpierw zmarła moja Mama, po dwóch miesiącach Teść, a w czasie tych dwóch miesięcy potwierdziliśmy nawrót choroby nowotworowej u Monisi, która odeszła w październiku 2021 roku.

W rozmowie z Anną Maruszeczko pojawia się takie stwierdzenie, cytuję z pamięci: „Nieszczęścia nie chodzą parami, nieszczęścia chodzą stadami.” 

Może coś w tym jest, tylko czy to jest nieszczęście, czy tak miało być, a może jeszcze coś innego? Nie szukam odpowiedzi na te pytania, bo i tak ich nie znajdę. Czas choroby Moniki był czasem, by być w tym i spróbować robić coś dla znalezienia rozwiązania.
Tych rozwiązań nie mieliśmy zbyt wiele. Poszukiwałem różnych sposobów. Znalazłem lek w Stanach Zjednoczonych, ale po uruchomieniu zbiórki pieniędzy okazało się, że z Monisią jest coraz gorzej i na podanie leku jest za późno, bo nowotwór bardzo szybko się rozwijał.

Pamiętam tę zbiórkę. Lek był potwornie drogi.

Patrząc wstecz mogę myśleć, czy mogłem zrobić coś inaczej, więcej? Tu jest prosta odpowiedź: nie. Zrobiłem wszystko co mogłem. Dla mnie najwyższą wartością jest wdzięczność i miłość. Wdzięczność ma nawet wyższą wibrację. Byliśmy zawsze wdzięczni za siebie. Byliśmy w pełnej miłości, którą trudno opisać jakimś jednym słowem. Braliśmy to, co jest. 
I na pewnym poziomie nie potrafisz zrozumieć, dlaczego coś się wydarzyło. Cokolwiek wydarzyło się w Twoim życiu, nawet wczoraj… to już przeszłość. Pamiętaj o przeszłości, ale nie zostawaj tam na zawsze.

Trzeba się przebudować, by móc funkcjonować?

Tak, na pewno. Pytanie, co jest ważne w życiu. Praca? Nie. Pieniądze? Nie. Dobra materialne? Też nie. Dla mnie, niepoprawnego romantyka: Miłość jest wszystkim. Od 2023 roku prowadzę z przyjaciółmi Fundację Ku Zdrowiu. W ramach działań fundacji uczymy tego, że choroba nie jest wyrokiem. Opowiadamy o procesie zdrowienia. I o tym, co możesz dla siebie zrobić, żeby utrzymywać ciało w zdrowiu. 

Co może dawać sens i napęd po odejściu najbliższej osoby?

Wchodzisz w tryb „Człowiek w poszukiwaniu sensu”. Przy okazji polecam wszystkim książkę Frankla. Ona też mi pomogła… Napędza mnie miłość. Miłość do mojej żony. I to, czego dokonaliśmy będąc razem z żoną przez prawie 21 lat; okazując sobie szacunek, troskę, dbając o siebie. Staraliśmy się nawzajem motywować, dopingować, wspierać. 
Wiesz… nie dość, że straciłem żonę, to jednocześnie najlepszego przyjaciela. Po jej odejściu do czasu pogrzebu latałem i załatwiałem wszystko co potrzebne, a później… po prostu nie miałem na nic siły i brak chęci do jakiegokolwiek funkcjonowania. Wycofałem się totalnie z życia na około półtora roku. W międzyczasie pracowałem jako lektor i na szczęście przyszło dużo zleceń, co dawało mi jakąś odskocznię. Mam studio lektorskie w domu i dzięki temu powoli, krok za krokiem, wracałem do aktywności. 
A miłość… jest najważniejsza. Wszystkie inne rzeczy – owszem, dzieją się. Z punktu widzenia ego, racjonalnego umysłu, analizy – są ważne. Jestem tu w podróży i nauczyłem się być i żyć. 
Dwa dni, w których nic nie możesz zrobić, to „wczoraj” i „jutro”. Dlatego staram się być w „teraz” i nie rozmyślać za dużo. Bo jak powiedział kiedyś Mark Twain: „W życiu najbardziej przejmowałem się rzeczami, które nigdy się nie wydarzyły”. Zatem – TERAZ. Dodatkowo korzystam z zasad stoików. Wybrałem sobie cztery ulubione, które pomagają mi w życiu. Pierwsza: zaufaj sobie – bo zaufanie do siebie to największa odwaga. Druga: nie muszę znać odpowiedzi na każde pytanie. Trzecia: akceptuj. Czwarta: odpuść.
W tym momencie życia ufam sobie i nie rozmyślam o przeszłości. Wracam do życia z żoną i dawnych doświadczeń, ale nie analizuję tego, dlaczego odeszła. Nie żyję też w przyszłości. I mówię sobie, że zrobiłem wszystko, by Monisi pomóc. Zostawiam to. Nie muszę znać odpowiedzi na pytanie, dlaczego odeszła. Co mogę z tym wszystkim zrobić? 
Zaakceptować i odpuszczać, na ile jest to możliwe, by żyć połączeniu ze swoją intuicją, z sobą samym, z wszechświatem, źródłem, Bogiem – w cokolwiek każdy z Nas / Was wierzy, jakkolwiek chce najwyższą siłę nazywać.

 

 

Gdybyśmy rozmawiali teraz w radiu…

…to puścilibyśmy piosenkę (śmiech).

Dokładnie, czytasz w moich myślach. Gdyby nadeszła pora na tak zwany przerywnik muzyczny to myślę, że puścilibyśmy „All You Need Is Love”. Harmonijny, dobry związek to ogromne szczęście, bo te złe potrafią człowieka nieźle poharatać. Jesteśmy w takim wieku, że suma doświadczeń jest znaczna. Doświadczenie zapewne pomaga w twoim nowym zajęciu: trener biznesu, mówca motywacyjny i – teraz najciekawsze – trener mentalny. Co się w tym zawiera?

To ja poprosiłbym naszą ukochaną piosenkę: Goo Goo Dolls „Iris”.  Wracając do twojego pytania. Lata temu poszedłem do Akademii Trenerów Mentalnych Kuby Bączka tylko po to, żeby zdobyć narzędzia pozwalające zrozumieć, jak pomóc zespołowi, którym zarządzałem. To było w czasie pracy w Radiu ZET. Teraz zdobyta wiedza i narzędzia pomagają mi w prowadzeniu szkoleń, programów mentoringowych i akademii. Poza lektorką uczę wystąpień publicznych, storytellingu i komunikacji, a trening mentalny i narzędzia pomagają też we wciąganiu ludzi w proces poznawania siebie. 
Cytując fantastyczną Jagodę Wątrobę i fragment z jej „Chcem do pałacu”: „Wszystkie doświadczenia, których doświadczyłem, nauczyły mnie życiowego doświadczenia”. Każdy ma swoje doświadczenia, dzięki którym nasze życie wygląda tak, a nie inaczej. Sęk w tym, jak sobie radzimy ze wspomnianymi doświadczeniami. 

To istotne podejście. Przecież od lat, odkąd zachłysnęliśmy się serialem „Dynastia”, na piedestale jest wyłącznie sukces.

Sukces… Taaak. Gonitwa, walka, muszę mieć więcej, a przecież… i tak tego nie wygrasz, i tak nikt z nas nie wyjdzie z tego żywy. Memento mori. W księdze pierwszej „Rozmów z Bogiem” autor usłyszał od Boga, że jeśli pozbędziemy się z naszego słownika słów „musisz” i „powinienem”, to będzie nam w życiu znacznie lepiej.
I tak jest. My nic nie musimy i nie powinniśmy. A jeśli musimy to znaczy, że ktoś nam coś narzuca. Oczywiście życie w zgodzie z samym sobą jest wyzwaniem. Jeśli w tym zostaniesz, to pamiętaj, że po drugiej stronie jest życie, którego pragniesz… za którym tak bardzo tęsknisz. 
Moje doświadczenie życiowe pomaga mi w wejściu na scenę i mówieniu o tym, jak nie stać w miejscu. Jak radzić sobie ze stratą i może czasami kogoś zainspirować do zrobienia choćby jednego, tego najważniejszego pierwszego kroku.
Praca mentora nauczyła mnie zasady: „Możesz wziąć ode mnie wszystko, tylko trochę lub nic.” Co ktoś ode mnie weźmie, zależy od osoby, która mnie słucha. 

Nasza rozmowa nie pokaże w pełni filozofii tych szkoleń. Ale wynotowałem skrupulatnie z twojej strony: „Moją pasją jest pomaganie innym w odnalezieniu wewnętrznego spokoju i jednocześnie zbudowaniu pewności siebie poprzez mówienie.” Wszystko skleja się z twoim doświadczeniem. Pewnie w związku z nowym zajęciem sporo jeździsz?

Tak, jeżdżę po Polsce jako Mówca Inspiracyjny. Opowiadam o tym jak żyć po stracie – tu nie chodzi tylko o żałobę, bo strat w naszym życiu jest dużo; czy o wykorzystywaniu storytellingu w biznesie i wystąpieniach publicznych. Uczę też w Warszawie i podczas spotkań online. 
Jeśli podróżuję, a uwielbiam jeździć, to zawsze słucham przy okazji muzyki. To mi zostało; jestem na czasie, a moją ukochaną stacją radiową jest od zawsze BBC Radio 1. Sprawdzam – taki nawyk – co jest popularne. I wróciłem do słuchania muzyki z lat 90. Mam dobrą energię dzięki powrotowi do, powiedzmy, korzeni. 

Zatem życzę „szerokości” i w życiu, i na drodze. Czy słuchasz w samochodzie radia? I czy włącza ci się wtedy odruch kontroli?

Nie, już nie. Nie słucham polskiego radia. Włączam własną playlistę, słucham podcastów i BBC Radio 1. Jestem w podejściu do życia i moich potrzeb w zupełnie innym miejscu. Mógłbym powiedzieć, że tęsknię za radiem, bo to przecież jedna z moich miłości. Jednak tęsknotę zamieniłem we wdzięczność, że tak długo w moim życiu mogłem to robić – świetnie bawić się w pracy, grać fantastyczną muzykę np. w autorskim programie, której mogłem słuchać razem ze słuchaczami i zarządzać jedną z najlepszych stacji radiowych w Polsce. W tym wszystkim jest wdzięczność za swoje życie i wszystkie, nawet te najgorsze doświadczenia. Niczego bym nie zmienił. 
Tak jak powiedział Owidiusz: „Żyj tak, żebyś chciał cofnąć czas, ale nie po to aby coś zmienić, tylko aby przeżyć to jeszcze raz.”

 

Zdjęcia: Przemysław Strzałkowski / Polscylektorzy.pl
Asystentka planu: Renata Strzałkowska

 

 

 

 

Brak komentarzy

Studio Medianawigator.com

reklama

Agencja MediaNawigator.com

Powered by:

Bank głosów Mikrofonika.net

reklama