W cyklu wywiadów BLIŻEJ MIKROFONU rozmawiamy z lektorami nie tylko o doświadczeniach zawodowych, ale też o tym, co ich osobiście ukształtowało, co ich porusza poza pracą. O sprawach, których nie znajdziecie w notach encyklopedycznych. Choć oczywiście polecamy opracowane przez nas biografie w bazie SYLWETKI LEKTORÓW.
Przemysław Strzałkowski polscylektorzy.pl: Zacznijmy od dzieciństwa; jak dorastało się w Łodzi? Jaki panował tam wówczas klimat?
Agnieszka Kunikowska: Wspominam dzieciństwo bardzo miło. Wychowałam się na zielonym, spokojnym osiedlu Dąbrowa. Tam chodziłam do szkoły, tam miałam swoje ukochane podwórko, koleżanki i kolegów.
Potem, gdy chodziłam już do liceum, przeprowadziliśmy się do ścisłego centrum. Nie byłam zadowolona z zamiany oazy zieleni i spokoju na ruchliwą Piotrkowską – wtedy nie aż tak bardzo, ale jednak.
Nie przerobiono jej jeszcze na deptak…
Tak, musiało upłynąć wiele lat. Mimo wszystko to był dobry, radosny czas.
Tomasz Kozłowicz – również łodzianin z urodzenia – wspomina w naszym wywiadzie, że tamten czas był szary. Ale radził sobie, udzielając się intensywnie na prywatkach. Mogliście się minąć, bo jest starszy o cztery lata.
Poznaliśmy się dopiero w Warszawie. Z kolei ja udzielałam się artystycznie, od końcówki szkoły podstawowej i przez całe liceum. To były pierwsze kroki w stronę aktorstwa, stawiane w Pracowni Małych Form Teatralnych w łódzkim Pałacu Młodzieży. Cudowne spotkania i zajęcia. Czasem zdobywaliśmy laury na przeglądach przedstawień amatorskich. Wtedy zakiełkowało! Ten piękny czas wspominam lepiej, niż relacje licealne. Łączyła nas pasja i do tej pory utrzymujemy kontakt.
W dzieciństwie byłoby wesoło być pani kumplem, bo – cytuję za Wirtualnapolska – „Była grzecznym dzieckiem, ale ze skłonnością do pojedynczych wybryków. Zdarzało jej się zrzucać na ludzi różne rzeczy z balkonu, czy też pomalować obraz flamastrami.” Działo się!
Łaziłam też z chłopakami po drzewach, grałam z nimi w nogę i miałam wiecznie porozbijane kolana (śmiech), bo z pasją jeździłam na wrotkach. Mieliśmy na podwórku pasek asfaltu i podczas wykonywania ewolucji człowiek nieraz ostro o niego rąbnął.
Byłam grzecznym dzieckiem – myślę, że mój Tata by nie zaprzeczył – natomiast rzeczywiście ze skłonnością do pojedynczych ekscesów, które teraz wspominamy jako rodzinne anegdoty.
Potrafiłam schować się przed rodzicami w wielkim, wiklinowym koszu, który stał za drzwiami. Szukali mnie godzinami; po sąsiadach, po podwórkach… Uważam, że jak na pięcioletnie dziecko to był wyczyn – żeby tyle wytrzymać.
Poza tym często byłam mylona z chłopcem, ponieważ nosiłam krótką fryzurę. I dzięki temu bywało, że wybryki uchodziły mi płazem. Pamiętam, o co chodzi z tym zrzucaniem z balkonu. Moja Babcia była wyśmienitą kucharką, robiła mnóstwo przetworów i suszyła wtedy na parapecie skórki pomarańczowe. Wyglądałam przez okno na drugim piętrze i tak… zrzucałam te skórki. I w końcu trafiłam. Po kilku minutach odezwał się dzwonek u drzwi. Babcia otwiera i słyszę pana, który mówi: „Czy mieszka tu u państwa taki mały chłopczyk?!” Na co Babcia zgodnie z prawdą odpowiada: „Nie, nie mamy chłopczyka.” Pan powiedział, że jego żona dostała CZYMŚ i zdążył zauważyć krótko ostrzyżony łebek. Myślał, że to chłopiec, więc mi się upiekło. Często mówiono do mnie „syneczku”.
Pociągnijmy jeszcze wątek malowania obrazu flamastrami. To było klasyczne dorobienie wąsów? Okularów?
Nie, to było dokonanie aktu artystycznego na passe-partout, takim lnianym, jasnym. Obraz był podobno bardzo stary. Chorowałam wtedy, nudziło mi się i postanowiłam go upiększyć.
Pełne zrozumienie. A teraz robimy cięcie i przenosimy się w czasie. Jest pani znana między innymi z prowadzenia świetnej audycji „Jedynka dzieciom”. To chyba duże wyzwanie, bo dziecko jest niezwykle wymagającym odbiorcą i czuje fałsz.
Natychmiast. Muszę powiedzieć z bólem serca, że nie ma już tej audycji na antenie Polskiego Radia. (Została „zdjęta” w lutym 2025 roku – przyp. red.) Boleję nad tym, bo uważam, że „czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci” i że słuchacza trzeba sobie wychować.
Jednak długo prowadziłam tę audycję i… tak, młodego odbiorcę należy traktować poważnie. Nie cierpię podchodzenia do dziecka z niższego poziomu i spieszczania „dzidzi-budzi”. Dzieci doceniają partnerstwo. Miło wspominam wyzwanie stworzenia takiej relacji ze słuchaczem. Niektórzy, mając już swoje dzieci, odzywają się do dziś.
Szkoda tej audycji. Czy dzieciaki nie słuchają już radia i wolą internet z telefonu?
To też prawda, że dla nich radio jest medium odchodzącym na drugi plan. Postanowiono o zmianie anteny; teraz mamy kanał cyfrowy „Polskie Radio Dzieciom”. Stwierdzono, że miejsce dzieci jest „w dzieciach”, a nie na antenie Jedynki.
Wróćmy do teatru. Można powiedzieć, że to klasyczna droga prowadząca przed mikrofon: grupa teatralna w czasach szkolnych, konkursy recytatorskie…
…i akademie. Miałam szczęście-nieszczęście, że chodziłam do podstawówki, w której uczyła moja Mama. Polonistka! Jeżeli trzeba było zorganizować akademię, powiedzieć wierszyk, to Agnieszka była dyżurną.
Choć muszę powiedzieć, że przez dłuższy czas odcinałam się od Mamy i wszystkich musiało to bardzo bawić. Mówiłam jej na korytarzu „dzień dobry”, mówiłam „proszę pani”. Nie chciałam być posądzona o kumoterstwo.
Później, gdy chciałam zdawać do szkoły teatralnej, miałam wątpliwości. I to Mama powiedziała: „Spróbuj! Jeśli nie spróbujesz, to przez całe życie będziesz żałować.”
I zdała pani do wrocławskiego oddziału PWST w Krakowie. Klimat był inny; dziś studenci myślą o gwiazdorzeniu w jakimś serialu. Konkret, kasa, planowanie kariery. Wasze pokolenie żyło jeszcze w pięknej bańce. Aktorstwo było…
…nawet misją. Wielu z nas tak to postrzegało. W ogóle nie myślałam, co potem będę robić. Słyszałam uwagi: a czy dostaniesz się do jakiegoś teatru, czy zagrasz w jakimś filmie, czy się załapiesz? Nie słuchałam tego. Stwierdziłam, że chcę przejść szkołę – i wspominam ją jak najlepiej. Trafiłam na wspaniałe grono kolegów; wielu z nich jest teraz cenionymi aktorami. Dobra, wrocławska ekipa!
Muszę powiedzieć, że nawet „fuksówka” nie bolała. Teraz chyba ich nie ma.
W krakowskiej AST (Akademia Sztuk Teatralnych, wcześniej PWST – Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna – przyp. red.) „fuksówka” została zakazana. W ostatnich latach mówiono, że może traumatyzować. Czy we wrocławskiej PWST tak to wówczas odczuwaliście?
W moim przypadku – gdy byliśmy „fuksowani” – mam wrażenie, że było w tym więcej zabawy i żartu. Oczywiście obowiązywały zasady, których należało przestrzegać. Na przykład zwracanie się do studenta czwartego roku per „mistrzyni / mistrzu”. Ale nigdy nie spotkałam się ze złym traktowaniem, piętnowaniem czy poniżaniem.
Bywa w życiu tak, że nie da się złapać wszystkich srok za ogon. Pani poszła raczej w stronę radia i dubbingu, niż grania na scenie. Pojawiał się żal?
To trochę wybór, a trochę kwestia… losu? Splotu okoliczności? W moim życiu przydarzyła się dosłownie sekunda teatralna. Szybko zastąpiła ją praca głosem i radio. Owszem – byłam w agencji aktorskiej, podejmowałam próby, chodziłam na castingi, ale czułam, że to zupełnie mnie nie kręci. Kosztuje więcej niż sprawia radości, więc odpuściłam.
Przez pewien czas miałam problem z chodzeniem do teatru i oglądaniem kolegów w fajnych przedstawieniach. To minęło, gdy osiadłam w tym co robię. Cytując mojego kolegę: „Ty się schowałaś za mikrofonem”. Tak, schowałam się i jest mi dobrze. Czasem wyłażę (śmiech), ale na moich zasadach.
Planujemy z koleżanką, która skończyła Wydział Lalkarski mojej wrocławskiej szkoły, że – jak jeszcze trochę się zestarzejemy – same wyprodukujemy spektakl „Arszenik i stare koronki” i zagramy w nim. Jako starsze panie (śmiech).
Kryjówka za mikrofonem jest niewątpliwie jedną z najprzyjemniejszych. A jak wspomina pani swoje początki w Polskim Radiu?
Zaczęłam pracę jako spikerka. To jeszcze był czas spikerów występujących jako gospodarze programu. Uczyłam się od najlepszych; jednym z moich opiekunów był Janusz Szydłowski, czy nieżyjąca już pani Hanna Kamińska. Uczyli mnie rzemiosła – choć teoretycznie wiedziałam, na czym polega praca z mikrofonem. Na studiach mieliśmy takie zajęcia, ale co innego przeczytać wiersz, a co innego poprowadzić program. Przez jakiś czas terminowałam, po czym zrezygnowano ze spikerów.
Pamięta pani swoje pierwsze słowa, które poszły w eter?
„Tu Program Drugi Polskiego Radia. Minęła siedemnasta.” Przed wypowiedzeniem tych słów język stawał kołkiem, miałam sucho w ustach, ale po wszystkim pomyślałam: „Tak! Zrobiłam to!” (śmiech)
Miliony ludzi dowiedziały się, że minęła siedemnasta (śmiech).
A potem przyszła wieść o likwidacji stanowisk spikerskich. Otrzymaliśmy możliwość przebranżowienia i zajęcia się dziennikarstwem. Skwapliwie z niej skorzystałam stwierdzając, że mogę się rozwinąć. I trafiłam do dzisiejszej Czwórki, czyli wtedy młodzieżowo-dziecięcego Polskiego Radia BIS. Później prowadziłam audycję językową, a wreszcie pojawiłam się w Jedynce.
A gdyby ktoś brutalnie kazał wybrać: od jutra albo radio, albo dubbing!
Uciekłabym albo zabiła delikwenta! Bardzo cenię to, że mam kilka ścieżek zawodowych. Radio, dubbing, lektorowanie, audiobooki… Płodozmian jest rozwijający i nie usypia czujności, nie rozleniwia. Bardzo mnie cieszą te różne światy.
A „Lato z radiem”? To musi być ogromna frajda.
Gdyby ktoś mi powiedział – gdy jako dziewczynka siedziałam na plaży z radyjkiem tranzystorowym, a z niego leciała „Polka Dziadek” – że za parędziesiąt lat będę tę audycję prowadzić, to bym nie uwierzyła.
Sygnał z dzieciństwa… kocyk, radio i jeszcze „Wiersze dla Ciebie”.
Żałuję, że tej pozycji już nie ma. Ludzie zachowali ogromny sentyment. I „Kącik złamanych serc”, i Paskuda… Pomimo zmian prowadzenie „Lata z radiem” jest zaszczytem. Na początku czułam ogromny ciężar odpowiedzialności. Później w naturalny sposób znalazłam się w ekipie programu „Cztery pory roku”. Bardzo się cieszę!
Mówiąc językiem internetowym – każdy potrzebuje „głasków” i „lajków”. 2014 – Złoty Mikrofon. 2021 – Mistrz Mowy Polskiej. To jak owacja na stojąco dla aktora. Jakie emocje towarzyszą odbieraniu takich nagród?
Ogromne. To są dwa Oscary: jeden radiowy, a drugi za podejście do języka. Obie nagrody bardzo sobie cenię. Mama odradzała mi zostanie polonistką, ale historia zatoczyła koło. Choć nie jestem pedagogiem, tematyka językowa tak we mnie siedzi, że objawia się od lat w postaci audycji poświęconych różnym obliczom języka. I bardzo mi miło, że ktoś to dostrzegł.
Sądzę, że ważna jest językowa uważność, którą dziś niejednokrotnie się gubi. Żałuję tylko, że moja Mama nie doczekała żadnej z tych nagród. Ale myślę, że byłaby ze mnie dumna.
A propos poprawności językowej – jakie błędy najbardziej panią rażą? Jako przykład podam nieprawidłowy akcent. Polityk mówi: „Fundusze unijne wykorzystaliśmy na budowę dróg.”
Niestety, muszę pana zmartwić. Za parędziesiąt lat tak się będzie mówić, ponieważ tendencje są nieubłagane.
I językoznawcy się poddadzą.
(śmiech) Już powoli się poddają. Mam wrażenie, że stają się coraz bardziej liberalni. Z drugiej strony – nie wiem, czy warto stawiać opór. Nie powiem nigdy „pojechaliśmy”, ale rozumiem, że w języku potocznym… no, ludzie tak mówią.
Natomiast w języku starannym… nie wysłałam sms-a, tylko sms. Podobnie jak nie ma sms-u. Trzymam się tego i bronię bastionu. Bronię również będącego w zaniku wołacza. Plus słynne liczebniki, czyli „dwutysięczny dwudziesty piąty”.
Zobaczymy. Jestem ostrożna i nie chcę być purystką, która broni reduty za wszelką cenę. A z drugiej strony obca mi jest postawa totalnie liberalna. Pytanie, gdzie jest złoty środek.
Nie mówię, żeby za powiedzenie „tą” książkę – a nie „tę” – karać od razu śmiercią, ale… (śmiech). Teraz musimy dojść do obowiązkowego punktu programu, czyli już legendarnej kreacji Fiony w filmie „Shrek”. Czy po wielu pani wspaniałych rolach w dubbingu, które mógłbym wymieniać do wieczora, trzeba się jeszcze sprawdzać? Można przecież odcinać kupony.
Mogę (śmiech), ale nie chcę. Bardzo czekam na wyzwania, które pozwoliłyby mi – jak teraz modnie się mówi – wyjść ze strefy komfortu. Warto porzucić udeptane koleiny, przekroczyć granice. Czekam na zadania wymagające gimnastyki, na obsadzenie wbrew warunkom.
Zdarzają się; jednym z takich doświadczeń był dubbing do „Łowcy i Królowej Lodu”. W tym filmie – nie animowanym, ale „ludzkim” – dubbingowałam postać graną przez Emily Blunt. Królową… po przejściach. Rola bolała mnie i psychicznie, i fizycznie, ponieważ miałam uszkodzony bark. Przyszłam na nagranie strasznie obolała, po czym okazało się, że sceny są… dojmujące.
To było dziwne doświadczenie, bo paradoksalnie ból mi pomógł. Dbałość o emocje na ludzkich twarzach, o każdy oddech… Ogromna praca, po której wyszłam szczęśliwa. I myślę, że efekt jest niezły. Na takie wyzwania czekam! Choć postaci oswojone i osadzone to również przyjemność.
Drugą produkcją, która wymagała ode mnie również pewnej gimnastyki, była rola w grze „Diablo 4”. Zostałam zaproszona na casting do roli Nekromantki, czyli postaci zupełnie „nie po moich warunkach”. Gdy reżyser mi o tym powiedział, stwierdziłam: „Chyba żartujesz!” Moja barwa się do tego nie nadaje. Niejako mnie zmusił – za co jestem teraz wdzięczna – ale wyszłam z castingu z przekonaniem, że nic z tego. Tymczasem okazało się, że wręcz przeciwnie. Rola wymagała spięcia, przestrojenia się i dobrze, że Bartek Wesołowski się uparł.
A poza pracą – co przynosi pani oddech i odpoczynek?
Na pewno książki. A już zupełnie uwalniają mi głowę dwie rzeczy… Pierwsza: wyjazd nad morze – najchętniej poza sezonem. Kocham morze zimą i długie, wielogodzinne spacery. Najlepiej, jeśli wieje i morze jest niespokojne. Surowość klimatu i przestrzeń daje mi cudne wyciszenie.
Drugą rzeczą jest rower. Od wielu lat jeździmy z mężem po różnych rejonach Polski. Lech Janerka śpiewał: „Rower to jest świat” i ja się pod tym podpisuję. Można napawać się widokami, można się spocić i wyrobić kondycję.
Nawet w mieście, pomimo natłoku obowiązków, staram się 2-3 razy w tygodniu ukraść choćby godzinę na przejażdżkę. Mam szczęście, że mieszkam niedaleko lasu, więc mogę złapać oddech. Nie jestem typem imprezowym, nie przepadam za tłumami i szukam raczej wyciszenia.
I jeszcze ptaki! Jestem ogromną fanką ptaków. Jeśli jadę gdzieś rowerem, to zawsze z lornetką. Wypatruję i nasłuchuję ptasich dźwięków. Natura daje mi spokój.
Nawiązując do wychodzenia ze stref komfortu: czego jeszcze chciałaby pani spróbować?
Na liście jest teatr. Nie w sensie etatu, ale chciałabym zagrać w jakimś przedstawieniu. Co jeszcze? Trochę piszę i – mówiąc nieskromnie – mam do tego dryg. Ale wciąż brakuje czasu, determinacji i przekonania, że warto. Może kiedyś wydobędę tekst z szuflady i zdobędę się na odwagę, by komuś go pokazać? Być może.
Zatem czekamy na książkę i wieść o spektaklu „Arszenik i stare koronki”.
Dziękuję, dam znać.
Brak komentarzy