Publikacje o lektorach
ARTYKUŁY, AUDYCJE, FILMY

Permanentny przegląd prasy, portali internetowych, społecznościowych, radia i telewizji. Zbieramy wszelkie publikacje na temat lektorów i ich pracy. Efekt naszych poszukiwań znajdziesz w tym dziale. Jeśli masz coś czego tu nie ma, podziel się linkiem! Koniecznie daj nam znać!

W cyklu wywiadów BLIŻEJ MIKROFONU rozmawiamy z lektorami nie tylko o doświadczeniach zawodowych, ale też o tym, co ich osobiście ukształtowało, co ich porusza poza pracą. O sprawach, których nie znajdziecie w notkach encyklopedycznych. Choć oczywiście polecamy opracowane przez nas biografie w bazie SYLWETKI LEKTORÓW.
 
Przemysław Strzałkowski polscylektorzy.pl: Zaczynam od prywaty, ponieważ mam ogromny sentyment do Kaszubów. Od lat jeździ Pan na urlop w to samo miejsce… Dlaczego właśnie Kaszuby?

Maciej Gudowski: Dopóki żył Tata jeździliśmy tam razem co roku, a potem podtrzymywałem tradycję. I fajne jest to, że gdy zawiozłem tam po raz pierwszy moją córkę – kupiła konwencję. To samo sprawdziłem na synu, młodszym o pięć lat – też kupił. Coś w tym jest, że upodobanie do miejsca przechodzi w rodzinie z generacji na generację. Lubimy ciszę, spokój, las i jezioro. Można iść przed siebie… A we wrześniu jest jeszcze niebywale istotna kwestia grzybów.
Kiedyś było tak, że szło się kilometrami i nie spotykało żywej duszy. Teraz kręci się nieco więcej osób, ale to nic w porównaniu z lasami, które otaczają większe miasta – tam czuje się obecność ludzi, a na Kaszubach jeszcze nie. Dlatego chce się wejść w ten piękny obrazek.
Zresztą przed urlopem na ogół udaje mi się doprowadzić do takiego stanu, że gdyby nawet spadł śnieg i było trzydzieści stopni mrozu – to i tak pojadę, bo mam dość, już po prostu nie daję rady. Jeśli pada i wieje… są różne sposoby na ogarnięcie sytuacji. Poza tym nigdy nie pada non-stop przez dwa tygodnie.
I ważna sprawa: ludzie! Nie chcę, broń Boże, oczerniać innych rejonów Polski, że tam są gorsi (śmiech). Na Kaszubach spotykam się po prostu z życzliwością, ludzie są bardzo mili.  
Kolejna sprawa to znajomi, których zyskałem po długich latach bywania; przeuroczy ludzie z Chojnic, z lokalnego radia Weekend. Ilekroć tam jestem, podjeżdżam przynajmniej dwa-trzy razy, wypijamy kawę, czasami spotykamy się jeszcze poza radiem.
Po poskładaniu tego wszystkiego wychodzi jedna, generalna ocena, że warto jeździć! Dopóki ma się jeszcze siłę i ochotę.

Mam teorię, że im bliżej Pomorza, tym ludzie są spokojniejsi, bo od pokoleń w naturalny sposób wdychają jod. A na południu są nabuzowani, bo sól jest jodowana od stosunkowo niedawna.

To możliwe. Te podniesione głosy…

Wieść gminna niesie, że lubi Pan zabierać na urlop gitarę klasyczną.

Miałem wiele lat przerwy, ale od pewnego czasu granie we mnie odżyło;  wreszcie kupiłem gitarę, oczywiście w Brusach na Kaszubach. Logika wydarzenia okazała się taka, że z przyjacielem z dawnych lat, z którym próbowaliśmy sklecić coś w rodzaju kabaretu, wyciągamy różne stare piosenki, będące kiedyś perłami big-beatu czy rock’n’rolla. Gramy sobie, śpiewamy i jest bardzo fajnie.
A gitarę zawożę na Kaszuby, żeby nie wyjść z wprawy. Miło jest usiąść wieczorem w drewnianym domku, wyciągnąć gitarę i trochę sobie pobrzdąkać. W zupełnie innym klimacie – bo Warszawa to jest gonitwa, reżim, termin i zegarek. Mam tysiące rzeczy do zrobienia i ciach, nie ma cię, gitaro!

 


Ta historia po raz kolejny potwierdza, że większość lektorów ma słuch muzyczny, który pomaga.

Na pewno. Nasza praca jest w kilkudziesięciu procentach oparta na słuchu; czasami na wyłapywaniu subtelności z wersji oryginalnej. Czy aktor powiedział to, a może coś innego? Oczywiście, można cofnąć nagranie, by się upewnić. Ale pierwszy kontakt z uchem lektora i pierwsza ocena są bardzo ważne. Musimy łapać te niuanse.

Zacznijmy teraz od początku świata (śmiech). Szkoła Główna Planowania i Statystyki, potem kilka lat w instytucie naukowym… Zajmowanie się ekonomią za czasów PRL – u schyłku dekady Gierka i w kryzysie wczesnych lat 80 – musiało być niezłym wyzwaniem?

Funkcjonowanie gospodarki PRL-u to był żart. Skończyłem studia w 78 roku i dla mnie zarazem ekonomia się skończyła, bo była to ekonomia polityczna socjalizmu. Odbywały się też oczywiście wykłady z ekonomii politycznej kapitalizmu, żeby poznać tego okrutnego wroga i móc sobie porównać, kto ma lepiej. Był cały zestaw różnych dyscyplin, ale związanych właśnie z socjalizmem.
Gdy wyszedłem z uczelni i zacząłem pracę w październiku 78 roku, znajdowaliśmy się w warunkach komunizmu. Potem nadszedł rok 80 i niewiele się zmieniło. Dopóki miałem z tym wszystkim kontakt – bo wyniosłem się z instytutu w 84 roku - widziałem podejmowanie jakichś nieśmiałych prób. Jakoś to się jeszcze telepało. Wiadomo: Gierek się skończył, niebawem nastał stan wojenny, kartki, chaotyczne reanimowanie gospodarki… Może wszystko złożyło się na to, że ekonomia przestała być dla mnie fajnym wabikiem, przestałem się nią interesować.
I teraz będzie drugi początek: od lat myślałem o pracy w radiu, ale wydawało się tak nierealne, tak odległe… Mam tam wejść z ulicy i powiedzieć: „Puk, puk, chcę u was pracować?” Pognaliby mnie.

Właśnie, miałem zapytać o impuls i dochodzimy do niego. Jest grudzień 83 roku…

Dokładnie, Wigilia.

…ogłoszenie w Polskim Radiu o konkursie na spikerów – i poszła iskra?

Pomyślałem: „A dlaczego nie?” Ktoś zorganizował mi numer telefonu do organizatorów konkursu, zadzwoniłem i umówiliśmy się na przesłuchanie. Nie ukrywam, że poszedłem z nadzieją… A może bardzo chcę, ale nie przeskoczę? Podeszła do mnie pani Stella Weber – doświadczona spikerka Polskiego Radia – i pan Stanisław Młynarczyk, wicedyrektor działu, w którym potem pracowałem; reżyser teatralny oraz dawny aktor STS-u, posiadający kolosalne doświadczenie w dziedzinie człowiek-mikrofon-radio.  
Zapytali, czy miałbym w przyszłości ochotę na zmianę dotychczasowego zajęcia, bo widzieliby ewentualnie dla mnie miejsce w radiu. I tutaj zrobiło się bardzo blisko! Potem był drugi etap przesłuchania, potem trzeci – już naprawdę finalizujący sprawę – polegający na czytaniu ze spikerem zawodowym. Czytałem na dwa głosy z Izoldą Wojciechowską główne wydanie dziennika radiowego w Programie Pierwszym z poprzedniego dnia, z godziny 20.  

Czy przesłuchania rejestrowano?

Komisja słuchała, ale domyślam się, że nagrywali – by móc wrócić do sposobu czytania. Umówiliśmy się, że za kilka dni wszyscy zainteresowani będą dzwonili. Gdy wybiła właściwa godzina, zadzwoniłem i… najpierw była cisza. Po jakimś czasie przypomniałem się i usłyszałem głos mojego późniejszego szefa – ówczesnego szefa spikerów, pana Jerzego Zalewskiego: - Mam dobrą wiadomość. Jest pan przyjęty!
Zwrotnica zadziałała, otworzył się nowy tor i poszedłem w to wszystko… Na początku kwietnia szybkie porządkowanie spraw w dawnym instytucie, urlop, podanie o rozwiązanie umowy o pracę, ciach!

Nagle zupełnie inny świat.

Kompletnie! Nie powiem, że skok na głęboką wodę, bo w ogóle nie było dna! Terra incognita, leciałem głową naprzód.
Tamtego roku pierwszy dyżur miałem 1 lipca w Programie Drugim; jako świeżaki pracowaliśmy pod opieką starszych kolegów. Moją opiekunką była pani Hanna Kamińska, znakomita spikerka radiowa. Ale akurat ten dyżur miałem z Januszem Linkiem, również świetnym spikerem. Udało mi się dać kilka krótkich zapowiedzi i przeczytać wiadomości. Nie było wspaniale, ale nie było też widocznie najgorzej, bo mnie nie wyrzucili…
I zaczęło się - otrzymałem etat! Co prawda na trzymiesięcznym okresie próbnym, ale były już dyżury; po pewnym czasie samodzielne. Zaczęło się radio!

I w kolejnych latach poszło bardzo szeroko. Zapowiedzi, wiadomości, prowadzenie programów i koncertów… Tych lat pracy w Polskim Radiu uzbierało się ponad trzydzieści?

Trzydzieści osiem. Przechodziliśmy różne drogi, ponieważ byliśmy spikerami przez kilkanaście lat, a potem nasz zawód został zlikwidowany. Nie powiem przez kogo… nieważne, ciszej nad tym nazwiskiem.
Zlikwidowano nasz zawód, nasz dział, nasze radiowe wszystko. Przychodziliśmy do radia – bo formalnie nikt nas nie wyrzucił, nadal byliśmy pracownikami – siadaliśmy w radiowej kawiarence… no i co? No i nic! Czekaliśmy, aż ktoś zadzwoni, że jesteśmy potrzebni do nagrania.
Potem sprawy zostały nieco uporządkowane, ktoś się nad nami zlitował i dał kawałeczek radiowej roboty. Ale starsi Koledzy – widząc, co się dzieje – odchodzili na emerytury. Zatem po drodze ludzie odpadali, odpadali… i zostaliśmy ja, Janusz Szydłowski i Krzysztof Dumała – który teraz pracuje w Programie Drugim, ale z mikrofonem ma chyba niewiele wspólnego. A kiedy Janusz odszedł na emeryturę – na końcu zostałem ja. I jestem do dziś! (śmiech)

Czyli ostatni przedstawiciel klasycznej szkoły.

Ten, który gasi światło.

 


Jednak wcześniej były dobre lata. Można rzec: złote czasy spikerów. Monika Boniecka powiedziała o nich: „My traktowaliśmy odbiorców z szacunkiem”. Domyślam się, że słuchanie dzisiejszych stacji radiowych bywa drażniące?

Nie chcę użyć mocnych słów, więc powiem tak: to jest nawet nie ocieranie się, ale wkroczenie wprost w sytuację, którą można określić „kompletny brak klasy”. Oczywiście powiedzą o mnie, żem ramol, żem  przywiązany do staroci.

Dinozaur…

Mówiono już coś takiego, gdy nas likwidowano: że jesteśmy przeżytkiem, że jesteśmy skansenem i muzeum. No, dobrze; słuchałem przez jakiś czas tych nowych, którzy przyszli. Cóż, mnie uczono czegoś innego. No comment, takie życie.
Miałem jeszcze kontakt z ludźmi, którzy zaczynali pracę radiowca w końcu lat 40 i w latach 50. To było dotknięcie wielkiego stylu, tej klasy i dbałości o wszystko, tego piękna pracy przed mikrofonem. Uczyliśmy się od nich. A potem nas zlikwidowali i koniec, pa!

W międzyczasie - w 86 roku - zaczęło się, na szczęście, czytanie filmów. Czytając od tylu lat można przejść kilka epok w historii kina, zmieniające się mody, ale także kilka epok w technice nagrywania.

Oj, tak! Pamiętam, że pierwsze odcinki „Dynastii” były nagrywane w tak zwanym telekinie, czyli na taśmie filmowej.

Czyżby jeszcze na 10-minutowe rolki taśmy, gdzie jedna rolka oznaczała jeden akt?

Przy naszych nagraniach było to już zmontowane. Ale ze starszą techniką spotykałem się nawet niedawno, na przykład podczas nagrań na DVD, gdy materiał od dystrybutora przychodził na… rolkach. I taki był podział na akty. Fajny kawałek dawnej świetności.
Później zapis szedł na maszynach VPL, BCM i kasetach systemu BETA, które utrzymały się bardzo długo.
Od 86 radio i czytanie filmów przebiegało u mnie równolegle. Filmy są do dziś, choć nie pracuję już tyle, co kiedyś. Staram się mniej, choć akurat mam za sobą uczciwie przepracowaną niedzielę…
Różne style kina - faktycznie! W pracy lektora mamy kalejdoskop od zamierzchłej przeszłości po współczesne kino. To uczy. Mówiłem kiedyś, że dobrymi krytykami są lektorzy list dialogowych. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym przeczytać listę dialogową do filmu nie oglądając go. Byłoby tak, jakbym wykonał tylko pół roboty. Film jest przecież źródłem emocji, napięcia i nastroju.

Czy ma Pan szczególny sentyment do jakiegoś nurtu, gatunku filmowego? Powiedzmy, na zasadzie: „kiedyś to były czasy”?

Nigdy tak nie myślałem; istniał raczej podział na filmy dobre i złe. Tak jest do dzisiaj. Istotny drobiazg, czyli nasze lektorskie narzekania: jeśli kiedyś w filmie gangsterskim podczas pościgu strzelali do siebie, to poza tym było cicho. Współczesne kino polega na tym, że jadą, strzelają i… gadają (śmiech).   
Kino się zmienia i oczywiście, że w środku jest sentyment i pragnienie czytania tych filmów, które powstały 30-40 lat temu. Ambitniejsze stacje telewizyjne wyciągają takie rzeczy. Jakie komedie najbardziej mnie bawią? Monty Python i Louis de Funès. Czytałem w różnych miejscach „podstawowy” pakiet jego filmów i za każdym razem bawię się tak samo dobrze. Mało tego; w domu – z wiadomych powodów – nie oglądam telewizji od kilkudziesięciu lat, jeżeli natomiast żona ogląda coś de Funès’a, to przystaję i od razu wiem, co było przedtem i co będzie potem.

Dobrze jest robić to, co się lubi…

Dokładnie! Mam w życiu to szczęście, że może nie wygrałem kumulacji w Lotto, natomiast wstaję co rano z myślą: „Fajnie, że jadę do pracy!” Wprawdzie czytałem już ten film trzy razy, ale z przyjemnością przeczytam po raz czwarty, bo jest świetny.
Nie zaczynam raczej pracy w nowych miejscach, współpracuję od kilkudziesięciu lat z tymi samymi studiami. To nie zdziwaczenie, a element wygody; dlatego, że znamy się, rozumiemy i idziemy sobie na rękę. Po prostu jest bardzo miło. Pieniądze – wiadomo, że z czegoś trzeba żyć i zapłacić rachunek w markecie. Ale bardziej chodzi o to, by miło spędzić czas. Rzeczywistość bywa tak dziwna, że ucieka się w takie nisze, w takie enklawy, żeby było przyjemnie.  

 


A propos ilości filmów. - Czasami młodsi koledzy po fachu pytają: "Co zrobić, by było lepiej?" - Przeczytać pierwszy tysiąc filmów i będzie lepiej – to klasyczna już porada Janusza Szydłowskiego. W Pana przypadku poszło chyba szybciej?

Nie. Powiedziałbym, że jeżeli ktoś przetrwa pięć lat czytając absolutnie wszystko – łącznie z instrukcją obsługi kosiarki – to po pięciu latach może o sobie powiedzieć: „No, dobra… może zacznę się bawić w ten zawód”. Nigdy nie wolno powiedzieć, że się na tym człowiek zna. Są tak zaskakujące sytuacje… Stajemy wobec pytania: „Jak to zrobić? Jak to ugryźć?”
Spotykamy się też czasem z nie najlepiej przygotowaną listą dialogową. Trzeba wtedy – jak mówimy – coś „zahaftować”, coś obejść, bo zbliża się emisja filmu i nie ma czasu na telefony do tłumacza.
Podsumowując: trzeba naprawdę wielu przepracowanych lat.

Mam jednak wrażenie, że ostatnio wejście do lektorskiego fachu wielu jawi się jako łatwe, bo czytać każdy umie. I od razu są z tego duże pieniądze. Kiedy można o sobie powiedzieć: „Jestem lektorem?”

(śmiech) Nigdy. Nauka trwa cały czas. Owszem, znam kilka patologicznych przypadków, gdy ludzie po przepracowaniu niecałego roku chodzili po Warszawie i mówili, że są najlepszymi lektorami. Może to przypadek geniuszu. Mówię natomiast, jak to wygląda w większości – trzeba siedzieć, czytać, czytać i jeszcze raz czytać.

Przytrafiła się Panu w Teleexpressie, we wczesnych latach 90, droga od lektora do prezentera. Jaki był klimat pracy na wizji, gdy czytało się jeszcze z kartki?

To mogło być markowanie czytania z kartki albo awaria telepromptera. Chyba był jeden teleprompter na całą telewizję, może dwa (śmiech), ale mieliśmy możliwość korzystania z niego. Jednak zawsze warto mieć przygotowany tekst, bo urządzenie – jak wiadomo - może się zepsuć. Kartka musiała być, żebyśmy się nie rozkraczyli.
Początki, początki… taka próba wspinaczki na szklaną górę własnej niekompetencji, jak ktoś pięknie powiedział. Robiłem to krótko, bo wymagało poświęcenia wielu godzin na przygotowanie, a miałem już ułożone życie zawodowe. Pomyślałem: „spokojnie – albo to albo to” i podziękowałem. Do dziś miło się wspominamy; fajnie, że było mi dane takie przeżycie. Prowadzenie programu informacyjnego na żywo to największe i najtrudniejsze wyzwanie. Program na żywo ma swoje rygory, wymagania i dyscyplinę, które trzeba na siebie wziąć i sobie poradzić.

Mamy niedzielne, słoneczne popołudnie, niedawno skończył Pan pracę, a w jednym z wywiadów czytamy deklarację: „Będę pracował, póki się nie przewrócę”. To musi być miłość do zawodu?

Nigdy nie myślałem z przykrością, że muszę coś zrobić. Bywałem zmęczony, podpierałem się nosem, ale wiele razy doświadczyłem, że - właśnie w najtrudniejszym momencie dnia - odżywa się podczas czytania wspaniałego filmu, z którym jest się emocjonalnie związanym. Wtedy pojawiają się nieoczekiwane zapasy energii.
Lektor czyta wszystko. Na początku to gromadzenie doświadczeń, a potem czyta, żeby nie wyjść z wprawy.

Jest Pan warszawiakiem z urodzenia… Choć należałoby raczej powiedzieć: „warszawianinem”?

Tak. Ja mówię „warszawiak”, normalnie.

Ogromnie ciekawią mnie zapamiętane migawki z Pana dzieciństwa. Pierwsze wspomnienia przypadają na lata 60? Co jest w nich ważne?

Wszystko, co zostało w głowie. Miałem wspaniałych Rodziców i wspaniałych Dziadków – jednych i drugich. Mieszkałem w pięknych miejscach, bo urodziłem się na warszawskich Bielanach i przemieszkaliśmy tam – w pokoju z kuchnią i małą łazienką – dwa lata. Potem Mamie udało się załatwić mieszkanie na Mokotowie i tam mieszkałem z Rodzicami do 77 roku. Później… zachorowała Babcia i musiałem się z nią wymienić; wylądowałem znowu na Bielanach i mam do dzisiaj dziki sentyment do tego miejsca. Gdyby w życiu mogłoby się ułożyć tak, że biorę worek z pieniędzmi – którego nie mam – i stać mnie na kupno mieszkania na Bielanach, to natychmiast się tam wyprowadzam.
Ale lubię Ursynów, na którym teraz mieszkam. Jak widać, jest dużo zieleni…

Siedzimy nad miłym, kameralnym stawem.

Jakieś ptaszki, gołębie, niezbyt wysoka zabudowa – jak na miejskie warunki – zatem jest fajnie. Człowiek nie czuje się przytłoczony. Są tu w miarę szerokie ulice, po których można w miarę bezpiecznie jeździć. Dobre miejsce. I jeszcze dzieci; jedno mieszka dziesięć minut spacerem ode mnie, a drugie dziesięć minut jazdy samochodem.
Krąg przyjaciół, najbliższych znajomych też mieszka na Ursynowie – bo był moment, gdy wszyscy się tu przeprowadzali. To wiele plusów.

Mam przebłyski z wczesnego okresu na Bielanach, a znacznie więcej z Mokotowa; to już zabawy na podwórku i boisku. Do podstawówki chodziłem na drugą stronę ulicy, do liceum miałem troszkę dalej, za podstawówkę, a studiowałem na SGPiS-ie – pięć minut spaceru od domu.
Wszystkie wspomnienia są ulokowane właśnie tam. Później, gdy człowiek zaczął się starzeć, zaczął też zmieniać miejsca.

 


Można więc powiedzieć, że jest Pan warszawiakiem, który nie poleca pchania się do centrum (śmiech).

Nie, nie. Choć znam ludzi, którzy nie wyobrażają sobie życia poza centrum. – Jak to? Ja miałbym nie słyszeć tramwaju?!
Jestem związany z tymi cichszymi miejscami.

Parafrazując tytuł serialu – „lektor w wielkim mieście” musi przemieszczać się od studia do studia. W takiej sytuacji samochód jest zapewne przyjacielem?

Lubię czuć się dobrze w swoim samochodzie i lubię, kiedy jest w nim czysto. Poza nielicznymi wyjątkami nigdy nie słucham radia; głównie wybranej przez siebie muzyki.
Wszyscy przeklinamy korki, ale mają tę zaletę, że można przewietrzyć głowę i posłuchać czegoś, czego chce się słuchać. Nie wyobrażam sobie, że miałbym jeździć metrem, tramwajem czy autobusem od studia do studia, bo czasem jest to pięć miejsc w ciągu jednego dnia. Tak, lubimy nasze samochody.

Rozpocząłem temat z ukrytą intencją, bo jest w internecie filmik, w którym pokazuje Pan swój samochód i opowiada: tu mam nasączane chusteczki do kokpitu, tu ułożone płyty, tu monety w przegródce… Niektórzy uznaliby to za pedantyzm.

(śmiech) Na monety była kiedyś popielniczka. Firma, której samochodami jeżdżę od dawna nie produkuje już wersji z popielniczką, ale jest taki nieduży pojemnik i monety świetnie się w nim mieszczą.

Co za czasy… żeby nie było aut z popielniczką! (śmiech).

Nie palę już od bardzo dawna, więc to mnie już nie dotyczy. Rozstaliśmy się z papierosami na początku lat 90. To było dobre i dla mnie, i dla nich (śmiech).

Czy papierosy wpływają na głos? Są różne opinie.

Tomek Knapik palił i nie zauważałem jakiegoś specjalnego wpływu na jego głos, radził sobie świetnie. Zresztą wielu moich starszych kolegów – spikerów radiowych – też paliło i pracowali.

Tomasz Knapik mawiał, że o głos muszą dbać ci, którzy go nie mają.

To jest cały Tomek! Tak było. Świetny człowiek… jak żal, że go zabrakło.

Czego – poza Kaszubami – życzyłby Pan sobie na nadchodzące lato, jesień…?

Dużo pracy! Jeśli lubi się swoje zajęcie, to trzeba je uprawiać. Zrobię sobie przerwę na dwa tygodnie – i co? Przecież będę tęsknił. Nie wyobrażam sobie bez tego życia, no więc jak? (śmiech)

Czy to nie zahacza o pracoholizm?

Był taki czas. Teraz przychodzi moment, kiedy czuję, że na dziś wystarczy i pora wracać do domu. Wiem, że tam zrobię to, to i to. Nigdy nie unikałem pracy w kuchni i gotowania – na miarę mojej skali i wyobraźni – ale od kilku lat bardzo mnie to wciągnęło i bywa, że cały dzień planuję, co upichcę po powrocie do domu. Pojawiają się pomysły. Co mam w lodówce? Czego użyję?
Potem trzeba przelecieć przez internet, później włączyć muzykę – przecież coś musi grać – i wreszcie poczytać książkę! Jak się tyle godzin nie czytało… (śmiech). Polecam to wszystkim. Czytaniem zarazili mnie Rodzice, ale też i szkoła, bo wtedy szkoły zwracały jeszcze uwagę, żeby czytać, czytać, czytać książki! Tak mi zostało i zaraziłem czytaniem również moje dzieci. Widzę, że wnuczęta też sięgają po książeczki; na razie to obrazki i pierwsze kroki – ale są.

Zatem zachęcamy do czytania!

Warto czytać, nie rezygnujcie z książek!

 


Zdjęcia: Przemysław Strzałkowski / PolscyLektorzy.pl
Asystent planu: Renata Strzałkowska

 

 

 

 

 

Brak komentarzy

Studio Medianawigator.com

reklama

Agencja MediaNawigator.com

Powered by:

Bank głosów Mikrofonika.net

reklama