Publikacje o lektorach
ARTYKUŁY, AUDYCJE, FILMY

Permanentny przegląd prasy, portali internetowych, społecznościowych, radia i telewizji. Zbieramy wszelkie publikacje na temat lektorów i ich pracy. Efekt naszych poszukiwań znajdziesz w tym dziale. Jeśli masz coś czego tu nie ma, podziel się linkiem! Koniecznie daj nam znać!

Tytuł: Jacek Brzostyński – Lektor nie jest przeźroczysty 
Autor: Przemysław Strzałkowski
Źródło: PolscyLektorzy.pl
Data publikacji: 25.03.2019
 
Cykl wywiadów BLIŻEJ MIKROFONU jest autorskim przedsięwzięciem portalu PolscyLektorzy.pl. Rozmawiamy z lektorami nie tylko o doświadczeniach zawodowych, ale też o tym, co ich osobiście ukształtowało, co ich porusza poza pracą. O sprawach, których nie znajdziecie w notkach encyklopedycznych. Choć oczywiście polecamy opracowane przez nas biografie w bazie SYLWETKI LEKTORÓW.

Przemysław Strzałkowski polscylektorzy.pl: Mawia się „Chcesz rozśmieszyć Pana Boga? Opowiedz mu o swoich planach”. Studiowałeś w szkole teatralnej, miałeś być – i byłeś – aktorem, a ostatecznie zostałeś lektorem. Jednym z najbardziej cenionych w Polsce. Wybrałeś lektorstwo, czy lektorstwo wybrało Ciebie?
Jacek Brzostyński: Chyba lektorstwo przyszło do mnie, splotło się to z występami w radiu. Wydawało mi się, że jest to nisza, w którą mogę spróbować wejść. W najgorszym razie wypełzbym z niej z powrotem. Ta nisza była możliwa do zapełnienia, udało się. Poprzez radio mikrofon nie był dla mnie obcym przedmiotem i zaczęło to ewoluować w stronę lektorstwa. Aktorstwo już nie wzbudzało we mnie takich emocji, teatr trochę siadł, sukcesy miałem za sobą, więc nie żałuję niczego. Jestem spełniony na moim własnym, malutkim podwórku.


Występy radiowe to m.in. Teatr Polskiego Radia?
Teatr Polskiego Radia, poezje, powieści… Moim przeogromnym wówczas osiągnięciem było to, że w Lecie z Radiem – przy absolutnej hegemonii Krzysztofa Kolbergera – któregoś lata ja czytałem powieść.
Całą wiedzę o mikrofonie, o tym, co robić z głosem, jak go używać - zawdzięczam Henrykowi Rozenowi, ówczesnemu dyrektorowi Teatru Polskiego Radia, który wypuścił mnie na głęboką wodę. Absolutnie pomagając mi, ucząc wszystkiego, co było potrzebne młodemu aktorowi bez doświadczenia, w otoczeniu samych mistrzów. Miałem szczęście grać z naprawdę wielkimi, bo spotkałem się z Markiem Walczewskim, Edmundem Fettingiem, Mieczysławem Voitem, z ludźmi będącymi wówczas na szczycie. Przepraszam jeśli o kimś zapomniałem, ale to cała lista ówczesnych gwiazd, od których też mogłem się czegoś nauczyć. Jestem wdzięczny, jeżeli udało mi się choćby odrobinę. Również dzięki Henrykowi Rozenowi.

Użyłeś określenia „mistrzów”. W ostatnich czasach pojęcie gwiazdy chyba się zdewaluowało?
Tak. Niegdyś na status gwiazdy trzeba było sobie zasłużyć latami ciężkiej pracy i mnóstwem osiągnięć. Dzisiaj człowiek przemknie przez jakiś serial i zostaje okrzyknięty gwiazdą. To słowo w ogóle straciło na znaczeniu, a poza tym trochę robi się krzywdę. Jeżeli ktoś powie o tobie, że jesteś gwiazdą (a ty nie masz jeszcze żadnych osiągnięć), jesteś w stanie w to uwierzyć – jeśli powie to ktoś zawodowo uprawniony do wydawania takich sądów. I jeżeli potem propozycje nie posypią się wedle tego określenia jak powinny, możesz mieć żal do życia.
Czytałem kiedyś zwiastun do polskiego filmu. W tekście miałem napisane „film w gwiazdorskiej obsadzie”, ale ani jednego człowieka nie znałem. Może moja wina, bo nie oglądam seriali. Ale jeszcze do niedawna, gdyby tak było napisane, to przynajmniej trzy osoby powinienem znać. Nie powinno się tak robić. Wschodzący talent, dobrze rokujący, rozwijający się, niespodzianka, wydarzenie, objawienie – w porządku. Ale gwiazda? Szkoda tych ludzi.


Jako mistrz wśród lektorów…
Dziękuję, dziękuję. (śmiech)

…na pewno nie narzekasz na brak propozycji. Czy są zlecenia, których byś nie przyjął?
Od lat niezmiennie powtarzam, że nie biorę i nie czytam niczego, co jest związane z religią i z polityką. Z religią ogólnie, natomiast z polityką niezależnie od mojego światopoglądu. Ponieważ uważam, że robiąc  coś takiego automatycznie podpisuję się twarzą czy głosem, a nie chcę. Poglądy są moją prywatną sprawą i nie są na sprzedaż. Jeżeli zareklamuję takie czy inne ugrupowanie widz ma prawo sądzić, że to są moje poglądy. Takich rzeczy nie przyjmowałem, nie przyjmuję i przyjmować nie będę.

Przenieśmy się na Śląsk. Przez jakiś czas grywałeś w śląskich teatrach, był też w Twoim życiu rozdział „Zespół Pieśni i Tańca Śląsk”. Jak to się zaczęło?
Mój tato był kierownikiem organizacji w tymże zespole. Po maturze poszedłem do pracy w biurze organizacji imprez. Tato chorował i musiałem go zastąpić. Przeogromna szkoła życia! Pojechałem na koncerty w Łodzi i prowadziłem za niego wszystkie logistyczne rzeczy. Byłem bardzo dumny, ale i potwornie zestresowany. Nie wyrzucono mnie po tych koncertach z pracy, więc myślę, że jakoś mi się udało. A potem… zostałem na krótko przyjęty do chóru (śmiech).

Skoro jesteśmy przy śpiewie - grywasz również na instrumentach. To bodajże pianino i saksofon?
Tak, klawisze i saksofon, którego wciąż się uczę. Ze względu na brak czasu przedłuża się to w nieskończoność, ale zamierzam opanować także ten instrument. Takie moje marzenie.

Muzyka była obecna w Twojej karierze. Jak wspominasz pracę w programie „Telewizyjny Koncert Życzeń”?
Pomijając fakt, że z sentymentem – bo byłem młodszy i na przykład miałem jeszcze włosy, które mi świetnie wyszły w życiu (śmiech) – bardzo fajnie, w przyjaznej, spokojnej atmosferze. To był w sumie relaksujący program. Dostawało się teksty do przeczytania, nagrywało się życzenia blokami, we dwójkę z Magdą Durecką. Bezstresowo. A jednocześnie zapewniało to tak nieprawdopodobną popularność na ówczesne czasy, że aż sam sobie zazdroszczę (śmiech).

Magda Durecka i Jacek Brzostyński śpiewają „Deszczową piosenkę” (YouTube.com – TVP 1992)

Po raz pierwszy słyszę, że praca w telewizji może być relaksująca (śmiech).
Tam nie było żadnego parcia, żadnych powodów do nerwowości. W końcu piosenki szły z taśmy. Wcześniej się nagrywało, później montowało. Przy Teatrach Telewizji – owszem, bywało nerwowo. Parokrotnie udało mi się „przemazać” w różnych epizodach. Tam wszystko zależało od reżysera, czas bardziej się liczył i było więcej spięcia. Natomiast przy Koncercie – bardzo fajnie.

Przykładasz dużą wagę do poprawności językowej. Na ile to przeszkadza w pracy? Zapewne często ingerujesz w tekst.
Bardzo często. Przeszkadza… czy ja wiem. Powoduje, że trzeba mieć wytężoną uwagę, ponieważ błędów jest dużo. A ja wychodzę z założenia, że moim obowiązkiem jest mówienie w miarę poprawną polszczyzną. I trudno mi się pogodzić z tym, że w tekście mam… zacytuję: Amerykanin do Amerykanina - załóżmy na głębokim Południu - mówi tymi słowy, że ma „zagwozdkę”. No, proszę cię! Typowo amerykańskie słowo. Albo: zdenerwowany dowódca pyta drugiego dowódcy, czy „wierchuszka” o tym wie. No, nie! Plus błędy typowo gramatyczne – rozumiem, że już dawno ktoś ukradł biernik, ale nadal lubię go używać. Biernik jest mi jednak potrzebny w życiu. O „misiach” nie wspomnę… że „mi się” podoba.
Zdaję sobie sprawę, że język bezustannie się zmienia. Nie mam z tym problemu. Każdy język się zmienia. Ten rosyjski, którego uczyłem się w szkole – jest już innym rosyjskim. Ten angielski, którego uczyłem się będąc młodym człowiekiem – jest dzisiaj zupełnie innym językiem. Ale dopóki można, dopóki nie będzie to archaiczne, śmieszne, nie przystające do rzeczywistości, uważam, że formy poprawne, bardziej eleganckie należy chronić. To, że ulica zaczyna mówić tak a nie inaczej to nie jest powód, dla którego muszę tak samo mówić. Niegdyś mówiło się tzw. „językiem literackim” czy „literacką polszczyzną”. Angielski też był „literacki”. I uważam, że tego się powinno używać. Kiedy używanie poprzedniej formy będzie już raziło archaicznością, to ja też zrezygnuję. Nie mam oporu na zasadzie „bo nie”, ale nie poddawajmy się i szanujmy język dopóki można.


Wykształciłeś własny sposób czytania, który nie jest „przeźroczysty”. Interpretujesz, jesteś obecny. Czy na początku wzbudzało to w branży opór?
Ogromny opór i kosztowało mnie to dużo pracy. Niejednokrotnie wręcz przegrywałem, nie dostając czegoś do czytania. Ale konsekwentnie – tłumacząc o co mi chodzi i dlaczego tak uważam – starałem się jednak realizować to, że lektor nie jest przeźroczysty. Zawsze uważałem i uważam nadal, że nie można w ten sam sposób mówić diametralnie różnych znaczeniowo i emocjonalnie kwestii. Od „zabiję cię” po „kocham cię” – bo będzie to razić. Uważam, że należy podążać za treścią, poniżej oczywiście, ale taką linią. Tylko, żeby się nie wybić, nie zagłuszyć.

Być może z biegiem czasu pozostanie w branży określenie takiego sposobu czytania jako „szkoła Jacka Brzostyńskiego”…
Zabrzmiało to trochę jak „pora umierać” (śmiech).

Absolutnie bez takich skojarzeń, oczywiście (śmiech).
Wręcz strasznie pomnikowo. Ale jeżeli jako połączenie, że taki jest mój styl – to fajnie, będę się cieszył. Tym bardziej, że z wielu stron miewam sygnały, że jest to przyjmowane. Zwłaszcza, jeśli przez tyle lat udało mi się utrzymać w tej pracy.

A propos podążania własną drogą. Co poradziłbyś tym, którzy stawiają pierwsze kroki w tym fachu? Zwłaszcza, że „próg wejścia” jest chyba wyższy, niż kiedyś.
Jest trudniej – i nie. Dlatego, że kiedy ja wchodziłem było mniej lektorów, ale i mniej programów. W tej chwili procentowo jest więcej lektorów, ale też ogromna ilość programów polskojęzycznych, czyli zapotrzebowanie. Wejście było zawsze trudne. Było i jest.
Co poradzić? Myślę, że przede wszystkim – wytrwałość. Obserwacja, słuchanie, chęć doskonalenia warsztatu. I co zawsze powtarzam – nie słuchanie siebie, bo w moim odczuciu to nie jest najlepszy kierunek.

W tym sensie, by nie napawać się swoim brzmieniem?
Brzmieniem, ale również… ci, którzy pracują w tym zawodzie będą wiedzieli, o co mi chodzi – o tak zwaną „zwrotną”, czyli o słyszenie swojego głosu w słuchawkach. Oczywiście można się ze mną nie zgadzać. Natomiast ja czytam bez zwrotnej. Uważam, że powinienem się skupić na tym, jak przeczytać. I podążać za oryginałem, który mam w słuchawkach - w czym własny głos mi przeszkadza, bo zagłusza oryginał. To jak przeczytać powstaje w mózgu, a nie w uchu. Jeżeli zatkam uszy i tak wiem, co mówię. A od wyłapywania błędów jest realizator. W większości przypadków sam doskonale wiem, kiedy mi się coś omsknie i realizator jest tą ostateczną bramką. Decyduje, czy błąd mieści się w granicach, czy już nie. Słuchanie samego siebie utrudnia. Jeden może się skupić na tym, czy jest poprawnie, a drugiemu może pójść w kierunku „jak ja pięknie brzmię”. Nie chcę się z tego wyśmiewać, to jest ludzkie. Ale równocześnie przeszkadza. Przecież kierowca nie myśli przy każdej zmianie biegów, czy pedały są na swoim miejscu. A, tu jest sprzęgło! A, tu jest gaz! Nie. Jadę patrząc na drogę i obserwując, co się dzieje. To się robi automatycznie. Czytając patrzę na obraz, słucham, a w głowie powstaje mi jak mam przeczytać. Można mnie potem skorygować, nie zawsze mam rację – ale nic innego mi nie przeszkadza. A własny głos stanowiłby jakąś przeszkodę. Większość teraz uważa, że bez tego absolutnie nie da się czytać. Nie do końca rozumiem. Dobrze, ale jeżeli ktoś tylko w ten sposób wie, co czyta, to w jaki sposób porozumiewa się z otoczeniem, gdy wyjdzie z kabiny i zdejmie słuchawki? Jeżeli w życiu nie mam zwrotnej, to czy wiem, co mówię? Robi się jakiś paradoks. Aczkolwiek nie jest to mój ból, to jest ból tych, którzy tak chcą. Na szczęście nikt nikogo nie zmusza. Mnie nikt nie zmusza, żebym czytał ze zwrotną i ja też nie mam prawa nikogo. Po prostu taki jest mój punkt widzenia.


Ukończyłeś szkołę  muzyczną I i II stopnia, grywasz na instrumentach, nie jest Ci obcy śpiew. Słuch muzyczny zapewne pomaga w tym zawodzie?
Myślę, że tak. Zarówno moje wykształcenie zawodowe jak i słuch muzyczny na pewno stanowi ułatwienie. Sądzę, że jest mi łatwiej.

A gdybyś dostał propozycję poprowadzenia programu w telewizji, powiedzmy muzycznego, miałbyś ochotę? 
Zależy w jakiej telewizji i zależy jaki program. Muzyczny – bardzo chętnie, dlaczego nie. Jest mi to bliskie. Wydaje mi się, że coś wiem – przynajmniej na temat gatunków, które lubię. W radiu mógłbym, proszę bardzo, w telewizji, proszę uprzejmie. Zresztą - lubię wyzwania, ma to  związek z aktorstwem niegdyś. Najciekawiej jest zrobić coś, co nie jest sztampowe i nie jest najbliższe. Na przykład gdy grałem kiedyś w telenoweli, poprosiłem scenarzystę (miałem taką możliwość, bo znaliśmy się), bym był strasznym gnojem i czarnym charakterem. Na końcu okazał się nie aż tak czarny, ale zmierzenie się z czymś takim sprawiło mi ogromną frajdę. Jeżeli żona mnie czasem obsadza w dubbingu, zawsze stara się znaleźć coś, co nie jest najbliższe mojemu charakterowi, tylko coś, co stanowi pewne wyzwanie. Chętnie wróciłbym na estradę, zawsze była mi bliska. Lubiłem formy komediowe. Wolałem zagrać w komedii, niż w dramacie, aczkolwiek akurat za dramat dostałem „Złotą maskę”. Lżejsze formy są mi bliższe. Jestem otwarty. Z wyjątkiem kilku miejsc, dla których jestem zamknięty. O!

Skoro o wyzwaniach mowa. Powiedziałeś kiedyś, że lektor jest jak taksówkarz. Czy to aktualne?
Tak, bo dostaję materiał i go czytam. Są rzeczy, które prywatnie nie zawsze mi się podobają. Do taksówki wsiada taki i siaki człowiek i nie każdy wzbudza zachwyt konkretnego taksówkarza, ale jest to klient. Dla mnie to też klient, z wyjątkiem… kilku klientów (śmiech).

Niepożądanych?
Klientów, którzy sprawiają wrażenie, że mogą zanieczyścić pojazd - nie wozimy (śmiech).

Zatem redakcja życzy wyłącznie chcianych i kulturalnych klientów.
Dziękuję bardzo.


Zdjęcia: Przemysław Strzałkowski / PolscyLektorzy.pl

 

 

 

 

Brak komentarzy

Zawodowcy do wynajęcia

reklama

Agencja MediaNawigator.com