Tytuł: Agnieszka Kołodziejska o rozstaniu z Radiem Zet: doszłam do sufitu i odeszłam
Autor: Kinga Walczyk
Źródło: https://www.wirtualnemedia.pl/agnieszka-kolodziejska-o-rozstaniu-z-radie...
Data publikacji: 27.04.2026
Po 17 latach rzuciłaś pracę w radiu, by po paru miesiącach wrócić do radia...?
Od początku mówiłam, że nie rzucam radia, tylko odchodzę z konkretnej firmy – Radia Zet. Pojawiły się złośliwe przytyki, że będę musiała zmienić nick na Instagramie, ale ja zawsze będę "Kołodką z radia" – tak jak jestem i będę "Kołodką z Łodzi".
To dlaczego odeszłaś?
Chyba po prostu doszłam do sufitu. To była super posada, bardzo ciepła i bezpieczna. I spokojnie mogłabym tam siedzieć. Zrozumiałam jednak, że w moim życiu dzieją się dodatkowe – fajne rzeczy. I one mogą mieć swoją kontynuację, jeżeli się ich uczepię. Nie mogłam tego zrobić w połączeniu z etatem. Ostatnio pracowałam od 14:00 do 19:00, co uważam za najgorsze z możliwych godzin, jeśli chodzi o życie zawodowe i prywatne.
Wszystko uciekało?
Płatne eventy i jakieś inne dodatkowe zlecenia przelatywały mi koło nosa. Ile można brać urlop na drugą pracę? To też był powód, dla którego przez dwa lata nie było mnie w "Polakach za granicą" (program emitowany m.in. w Polsat Play – red.). Mam 48 lat. Moje ciało, umysł mówiły mi: "nie możesz brać urlopu w jednej pracy, żeby pracować w drugiej".
Bo się zajedziesz...
Bo zajedziesz się. Bo to do niczego nie prowadzi. Bo nie masz kiedy odpoczywać. I nie opłaca się to, patrząc z perspektywy ekonomicznej. Na każdy urlop, nawet bezpłatny, który chcesz wziąć, kręcą nosem. To jest oczywiście naturalne w pracy etatowej. Nie mam więc o to pretensji.
I nastał dzień decyzji.
Złożyłam propozycję, że chciałabym odpocząć od etatu i codziennego przychodzenia do pracy. Wyjaśniłam, że trochę przestało mnie to jarać, a poza tym nie mogę robić innych, ważnych dla mnie, rzeczy. Liczyłam na mniej zajmującą formę współpracy z radiem, ale nie zgodzono się.
Tym mnie zdziwiłaś. Byłaś przecież łakomym dziennikarskim kąskiem.
Przyznam szczerze, że sama też odrobinę się zdziwiłam. Moja propozycja była dość szeroka, zaproponowałam wiele możliwości. Wydaje mi się, że dzisiaj niekoniecznie trzeba być stałym elementem programu antenowego, żeby funkcjonować jako jedna z "twarzy" radia.
Dla chcącego nic trudnego.
Oczywiście, że się da. Przypuszczam, że przez pierwsze 4-6 miesięcy nawet nikt by się nie zorientował, że rzadziej bywam na antenie. Po drugiej stronie nie było jednak chęci powrotu do tej rozmowy.
Albo wszystko, albo nic?
No, tak było. Poszłam więc "na grubo" i stwierdziłam, że to ten moment i w takim razie nic. Podkreślam jednak, że przez lata było mi tam bardzo dobrze, a stacja była moją "matką". Być może po prostu "matce" skończyła się miłość do mnie.
"Matka" spotkała nowego "faceta", więc mogło się trochę zmienić.
Może ojczym niespecjalnie mnie lubił. (śmiech)
Było Ci, tak po ludzku, przykro?
Kiedyś może byłoby mi przykro. Kilka lat temu zrozumiałam jednak, że to jest tylko praca i takie związanie emocjonalne z miejscem może zaszkodzić. Że będzie tylko coraz bardziej przykro, gdy będą zmieniały się realia, a one zmieniać się będą, bo zmieniają się media.
Wylądowałaś w Kanale Zero, a chwilę później poszłaś na całość: odeszłaś i z projektu Krzysztofa Stanowskiego. To przez reportaż Marii Wiernikowskiej o Rosji?
Oni chyba tak to zrozumieli, że to ten materiał był głównym powodem, ale nie. Ja tam nie czułam się jak w domu. W Kanale Zero jest bardzo wielu fajnych dziennikarzy i niektóre materiały są naprawdę super. Czuję jednak, że światopoglądowo nie jest mi z nimi po drodze. Gdy z Kanału odchodził Piotrek Połać, stwierdziłam, że i na mnie czas.
A reportaż Wiernikowskiej?
Materiał Wiernikowskiej jest super, ale moim zdaniem nie na dzisiaj. To jest trochę tak, że jak świat nakłada na Rosję sankcje gospodarcze, tak samo dziennikarze powinni nakładać sankcje informacyjne. Mówmy o tym, kogo dzisiaj zbombardowali, kto przez nich zginął, ale dajmy im bana na pozostałe informacje, dopóki nie zakończą wojny.
Na braci Kamratów w Kanale Zero zdążyłaś się jednak załapać.
Sama przed sobą udawałam, że tego nie było.
Nie usiadłabyś do jednego stołu z Kamratami lub Grzegorzem Braunem?
Nie, ale nie dlatego, że gardzę tymi ludźmi. Ja jestem dziewczyną od rozrywki i nie mieszam się do takich rzeczy. Coś może mi się podobać lub nie, mogę się z tym identyfikować lub nie. I w związku z tym być lub nie być w danym miejscu.
Zawsze jest ryzyko "ubrudzenia" swojego wizerunku, na który pracowało się latami.
Chyba dlatego też wybrałam tę stronę rozrywkową, a nie informacyjną. To jest neutralne, miłe. Ktoś może cię nie lubić i ma do tego prawo, ale nie ma do czego się przyczepić.
Wróćmy do jesieni ubiegłego roku, kiedy to rzucałaś pracę w Zetce. Mówiłaś wtedy: "już czas, bym częściej siedziała w samolocie niż radiowym studiu". Udało się?
W tym roku chyba pobiję rekord lotów samolotem, bo siedzę w nim od stycznia. W styczniu zrobiliśmy cztery odcinki programu, w lutym trzy, teraz znowu trzy i na czerwiec też coś planujemy. W międzyczasie odbywam swoje prywatne podróże. Zaproszono mnie też na rejsy na fiordy norweskie i na Islandię. Poza tym jestem ambasadorką biżuterii Sadva, z którą robimy mini kolekcję, inspirowaną moimi podróżami, więc lecę z nimi na sesję zdjęciową do Hiszpanii.
Niczym Martyna Wojciechowska i jej kolekcja dla Kruka.
To porównanie uznaję za komplement.
Nie boisz się, że będziesz miała dość podróży?
Miewam przesyty i bywam przebodźcowana na maksa, ale zawsze w Polsce. Nie lubię momentu pakowania się na wyjazd, wsiadania do samolotu, bo wiem, że czeka mnie niewygodna podróż. Cały czas nie stać mnie na klasę biznes i zawsze w samolocie idę w prawo zamiast w lewo. Zawsze jednak wiem, że ten samolot zabierze mnie ze średniego punktu A do zajebistego punktu B.
Teraz to jest ten moment, żeby sobie to wszystko przemyśleć. I tak uświadomiłam sobie ostatnio, że najbardziej chciałabym żyć właśnie z podróży. Jeszcze układam sobie w głowie, jak to miałoby wyglądać, ale chyba jestem na dobrej drodze.
Być może kiedyś trafisz na jakąś kotwicę.
Nie wykluczam, że za parę lat nie wytrzymam wielogodzinnego lotu w klasie ekonomicznej, chociaż liczę, że wtedy będzie stać mnie na klasę biznes.
W rozmowie z "Vogue" mówiłaś: "poznaję ludzi, którzy odważyli się, żeby rzucić to, co ich wkurza, i po prostu żyć tak, jak chcą". Ty też się odważyłaś?
Tak. Chyba nigdy nie czułam się lepiej niż teraz. Patrz, jestem teraz w Afryce, leżę w łóżku, gadam sobie z Tobą. Po naszej rozmowie mam calla z przyjacielem, który aktualnie rozpoczął miesiąc podróży po Nepalu. Dzisiaj mam wolne, więc pójdę na plażę. A potem lecimy dalej.
Co Cię hamowało?
Hmmm... Myślę, że można to ogólnie ująć jako brak odwagi. Myślisz sobie: "A kto mnie zechce, gdy odejdę?" To tak jak kobiety, które boją się odejść od męża. Ja jestem dobra w gębie, potrafię doradzać przyjaciołom, ale mnie samej zajęło to trochę lat. Okazało się jednak, że są tacy, którzy mnie chcą.
Osobom, które zasiedziały się w jednym miejscu, może zabraknąć szerszej perspektywy. Niesie to ryzyko nieracjonalnego zaniżenia poczucia własnej wartości.
Dobrze to ujęłaś: nieracjonalne, niepodparte niczym, zaniżanie poczucia własnej wartości. Gdy 5 października ogłosiłam, że odchodzę z Zetki i zaczęłam odbierać wszystkie wiadomości, zdałam sobie sprawę, że nie było się czego bać.
Otrzymałam wiele ciekawych propozycji z różnych redakcji. I rzeczywiście, dałam sobie kilka miesięcy, żeby zdecydować, co wybrać. To wspaniałe uczucie. Może właśnie po to zaharowywałaś się, Kołodka, 28 lat, żeby dojść do takiego miejsca, że teraz możesz sobie wybrać i jest wspaniale?
Pytałaś, czy to mój moment. Powiem nieskromnie – i mam w dupie, co inni sobie pomyślą: tak, to jest mój moment! [...]
Całą rozmowę znajdziecie na portalu Wirtualnemedia.pl.
Brak komentarzy