Publikacje o lektorach
ARTYKUŁY, AUDYCJE, FILMY

Permanentny przegląd prasy, portali internetowych, społecznościowych, radia i telewizji. Zbieramy wszelkie publikacje na temat lektorów i ich pracy. Efekt naszych poszukiwań znajdziesz w tym dziale. Jeśli masz coś czego tu nie ma, podziel się linkiem! Koniecznie daj nam znać!

Tytuł: Gramy razem
Autor: Izabela Górnicka-Zdziech
Źrodło: magazynfamilia.pl
Data publikacji: 19.04.2010


Wierzą, że trudne doświadczenia mają już za sobą. Dziś koncentrują się na tym, aby jak najwięcej czasu spędzać razem. Ewa Gorzelak-Dziduch i Zbigniew Dziduch nawet w spektaklach występują z synami, Frankiem i Rysiem.

Ewa od czasu choroby nowotworowej ich młodszego syna, Rysia, więcej udziela się w założonej przez siebie fundacji „Nasze Dzieci” przy Klinice Onkologii w Instytucie „Pomnik-Centrum Zdrowia Dziecka” (www.naszedzieci.org.pl), niż gra w sztukach czy w filmach. Widzowie jednak wciąż pamiętają ją z seriali Na Wspólnej, M jak miłość czy Pensjonat pod Różą. Zbigniew występuje w „Laboratorium Dramatu” w Warszawie i zajmuje się dubbingiem. Obojgu aktorstwo pozwala spełnić się zawodowo. Ich prawdziwym oczkiem w głowie są synowie: 9-letni Franek i 7-letni Rysio. To oni nadają sens ich codziennej pracy.

- Co zmieniła w Waszym życiu choroba Rysia?

Zbigniew Dziduch: We mnie umocniła wiarę, przekazaną mi w dzieciństwie przez bliskich, potem rozwijaną, traconą kilka razy, ale wciąż obecną, a w tym momencie niezwykle silną. Czułem, jak bardzo mi pomagała. Ludzie pytali, skąd mam taką nadzieję na wyzdrowienie dziecka i tyle energii do pracy. A ja wszystko czerpałem z wiary. Dużo czasu spędzałem na modlitwie. Miałem pewność, że synek będzie żył. Zapewniałem o tym żonę i teściów, żeby się nie martwili. Dla mnie był to czas błogosławiony.

Ewa Gorzelak-Dziduch: Choroba sprawiła, że siłą rozpędu, a także z chęci rewanżu za otrzymaną pomoc, powołałam do życia fundację, aby pomagać innym dzieciom. Dwa lata leczenia Rysia były bardzo intensywnym psychicznie okresem w naszym życiu. Mam takie poczucie, że gdy człowiek mierzy się z ciężką chorobą czy śmiercią, dotyka sedna istnienia.

- Czy był to dla Was czas, gdy życie toczyło się w zwolnionym tempie, czy raczej wymagało nieustannej gotowości?

Zbigniew: Cóż, po prostu żyliśmy. Należało codziennie iść do przodu. Sprawy błahe schodziły na daleki plan. Ewa właściwie mieszkała w szpitalu, a ja pracowałem, potem zajmowałem się drugim synem.

Ewa: Musieliśmy dalej funkcjonować normalnie. Nigdy nie płakaliśmy przy naszych dzieciach. To najgorsze, co można zrobić, bo rodzic ma dać dziecku oparcie. Im więcej przekaże mu pozytywnej energii, tym bardziej dziecko będzie się czuło bezpiecznie i tym będzie radośniejsze. Uznałam, że jeżeli Rychu ma żyć krótko, to jak najfajniej. Każdy dzień liczył się także dla naszego starszego syna i o tym trzeba było pamiętać. Wszyscy byliśmy wtedy wsparciem dla siebie nawzajem. Bardzo pomagali nam moi rodzice, którzy wcześniej nie odnajdowali się w byciu dziadkami, czuli się za młodzi na wnuki.

- Zapewne wciąż dziękujecie za dar, jakim jest życie Waszego dziecka?

Zbigniew: Niedawno miałem wyrzuty sumienia, że to zaniedbałem, kiedy z inicjatywy fundacji Ewy w tzw. Dniu Palenia Świec odbyła się Msza św. dla rodziców, których dzieci umarły. Uczestniczyłem w niej pierwszy raz. Pojawiło się we mnie poczucie winy, że nam Pan Bóg dziecko zostawił, a ci ludzie swoje dzieci stracili.

Ewa: A z drugiej strony staramy się przejść nad chorobą do porządku dziennego i nie dzielić naszego rodzinnego życia na etap przed chorobą i po chorobie.

- Zadawaliście sobie pytanie, dlaczego Pan Bóg doświadczył Was w ten sposób?

Zbigniew: Wiara daje pewność, że wszystkie rzeczy dzieją się w jakimś celu. Myślę, że poprzez chorobę syna Pan Bóg chciał nas upomnieć, zatrzymać w pędzie codzienności. Teściowie są ateistami, ale za to dobrymi, kochającymi się ludźmi. Zastanawiałem się, czy może ta choroba nie jest też po to, aby pokazać osobom niewierzącym, że cuda się zdarzają. Rodzice Ewy byli świadkami, kiedy neurochirurg powiedział, że nie ma żadnych szans, a minęło sześć lat i Rysio żyje i ma się dobrze.

Ewa: Nie mogę się zgodzić z tym, że przez chorobę dziecka Pan Bóg chce mnie czegoś nauczyć. Mnie może uczyć przez moje własne choroby, dziecko jest osobną istotą. Nie dostrzegam sensu choroby Rysia w odniesieniu do wiary.

- Zbyszku, w Tobie przetrwała wiara z dzieciństwa. Jak mocne są takie korzenie?

Zbigniew: Na moją wiarę ogromny wpływ miał dom rodzinny. Pochodzę z Krupskiego Młyna, małej miejscowości położonej między Opolem, Częstochową a Katowicami. Wcześnie zmarł mi ojciec. Wydaje mi się, że gdyby żył, nigdy nie zostałbym aktorem. Jak mówił mój profesor, Jan Peszek: „Aktorem może zostać tylko ten, który potrafi się żarliwie modlić”. Pierwsza przekazała mi wiarę mama. Szybko zostałem ministrantem i byłem nim przez 10 lat. Babcia widziała we mnie księdza. Ona sama ufała Bogu bezgranicznie. Mieszkała w Biłgoraju na Zamojszczyźnie. Co roku całe wakacje spędzałem u niej i u wujka, brata mojego ojca, który mi go zastępował. Tam poznałem wiarę jak z powieści Reymonta.

- Czy ta wiara jakoś prowadziła Cię przez życie?

Zbigniew: Najpierw chciałem być zawodowym szachistą. W drugiej klasie liceum rzuciłem szachy, czując, że mam powołanie do kapłaństwa i zmieniłem zdanie dopiero przed maturą, kiedy… się zakochałem.

Dziś widzę, jak wielki wpływ na nasze życie ma młodość, młodzieńcze nadzieje i ambicje. Chciałem poświęcić się dla ludzi, głosić Ewangelię, być prawdziwym apostołem, a życie te plany zweryfikowało. Kilka razy wiarę traciłem. Nadal miewam momenty upadku, ale próbuję się podnosić. Mam stałego spowiednika, który mi pomaga. Modlę się, czytam książki religijne.
 
- Powiedz Ewo, jaka była Twoja droga do wiary? 

Ewa: Wiarę przekazały mi koleżanki oraz babcia, która zawsze modliła się ze mną i moim bratem. Ochrzciłam się tuż przed Pierwszą Komunią Świętą, ale dopiero od Zbyszka dowiedziałam się, że we Mszy św. najważniejsze jest Przeistoczenie. Wcześniej myślałam, że kazanie. Nie do końca potrafię modlić się w kościele, choć w każdą niedzielę próbuję to robić z dziećmi. Długo miałam poczucie, że nie korzystam z mszy, ponieważ gdy dzieci były małe, bez przerwy za nimi biegałam, uciszając je. Większy sens miało dla mnie wtedy siedzenie w pustym kościele, ale często nie było to możliwe, gdyż kościoły są zamykane. Zawsze dotyka mnie coś niezwykłego, gdy podczas naszych podróży wchodzimy do starych kościołów. Być może jest to związane z Bogiem, a być może z historią. Dla mnie bardzo ważna jest indywidualna rozmowa z Panem Bogiem. 

- Co Was łączy w przestrzeni wiary?

Zbigniew: Choćby chęć pielgrzymowania do świętych miejsc. Byliśmy razem w Lourdes. Chcemy pojechać do Fatimy. Rozmawialiśmy też ze znajomymi, by odbyć pielgrzymkę z Francji do Santiago de Compostella.

- Jakie było Wasze najważniejsze wspólne doświadczenie duchowe?

Ewa: Nasz ślub, którego udzielał nam ksiądz Robert Chudoba ze Śląska, przyjaciel Zbyszka. W niezwykły sposób poprowadził Mszę św. Zrobił to z charyzmą, dla nas i o nas. Ślub był piękny i kameralny…

Zbigniew: …a odbył się w miejscu wybranym przeze mnie: w kapliczce Matki Bożej Bolesnej w Goju niedaleko Krupskiego Młyna. Cała uroczystość odbywała się na powietrzu. Był to pierwszy ślub w tej położonej w polu i otoczonej drzewami kapliczce od może 300 lat. Gdy byłem mały, przyjeżdżałem tam na rowerach z ministrantami. Tam modliłem się w trudnych chwilach życiowych. Zawsze było to dla mnie miejsce szczególne.


- Czy przytrafiła Wam się miłość od pierwszego wejrzenia?

Ewa: Nasza droga do miłości była bardzo długa. Pierwszy raz spotkaliśmy się u mnie w domu na kameralnej imprezie, na którą Zbyszka przyprowadził mój kolega z roku. Potem nie widzieliśmy się przez rok, aż los zetknął nas ponownie na festiwalu szkół teatralnych w Łodzi. Zupełnie przypadkowo siedzieliśmy obok siebie.

Zbigniew: Mój przyjaciel, Łukasz Nowicki, grał wtedy w Łodzi w sztuce „Trzy siostry” w reżyserii Krystiana Lupy i prosił, żebym obejrzał ten spektakl. 

Ewa: A ja pojechałam do Łodzi, bo napisałam właśnie pracę magisterską o Lupie i zależało mi na obejrzeniu tego przedstawienia. Całą noc przełaziliśmy ze Zbyszkiem, a nad ranem razem pojechaliśmy do Krakowa. Następnego dnia wróciłam do Warszawy. Miałam komórkę, ale jeszcze nie umiałam jej obsługiwać. Parę dni później zauważyłam nieodebrane połączenie, a że nie wiedziałam, kto dzwonił, pomyślałam, że to Zbyszek i oddzwoniłam do niego. Gdyby nie ten telefon – być może nie bylibyśmy razem? Żadne z nas nie miałoby śmiałości, aby wykonać ten pierwszy ruch… Potem telefony między nami się rozdzwoniły i zaczęło się podróżowanie na trasie Warszawa-Kraków.

- Po jakim czasie zdecydowaliście się wziąć ślub?

Ewa: Po dziewięciu miesiącach, ale wcale nie dlatego, że byłam w ciąży.

Zbigniew: Dzień naszego ślubu wyznaczyła tradycja, istniejąca w rodzinie Ewy od czterech pokoleń. Uroczystość zaślubin odbywa się 27 stycznia co 27 lat.

Ewa: Zgodnie z tradycją, ślub powinien wziąć mój starszy brat, ale tak się złożyło, że to ja musiałam ją podtrzymać. W tej chwili mamy problem, na czyje dzieci przypadnie kolej, ponieważ brat ma już dziedzica, Gorzelaka, a ja – Dziduchy.

Zbigniew: Najpierw wzięliśmy ślub cywilny, a Ewa nie dość, że w czasie całej ceremonii śmiała się, to jeszcze pokłóciła się z sędziną. Cztery miesiące po cywilnym wzięliśmy ślub kościelny. Franek pojawił się rok później...


Cały wywiad z małżeństwem Państwa Dziduchów znajdziecie na stronach serwisu Magazyn Familia.

 

 

Brak komentarzy

Zawodowcy do wynajęcia

reklama

Agencja MediaNawigator.com