Publikacje o lektorach
ARTYKUŁY, AUDYCJE, FILMY

Permanentny przegląd prasy, portali internetowych, społecznościowych, radia i telewizji. Zbieramy wszelkie publikacje na temat lektorów i ich pracy. Efekt naszych poszukiwań znajdziesz w tym dziale. Jeśli masz coś czego tu nie ma, podziel się linkiem! Koniecznie daj nam znać!

Tytuł: Bliżej mikrofonu: Mikołaj Klimek – Warto widzieć twarz, a nie przysłowiową dupę
Autor: Przemysław Strzałkowski
Źrodło: Polscylektorzy.pl
Data publikacji: 10.09.2018

 

Stały cykl wywiadów BLIŻEJ MIKROFONU jest nowym, całkowicie autorskim przedsięwzięciem portalu Polscylektorzy.pl. Będziemy w nim rozmawiać z lektorami nie tylko o  doświadczeniach zawodowych, ale też o tym, co ich osobiście ukształtowało, co ich dotyczy i porusza poza pracą. O wielu ciekawostkach na pewno nie przeczytacie w notkach encyklopedycznych, choć oczywiście niezmiennie polecamy redagowane przez nas biografie w bazie SYLWETKI LEKTORÓW.

 

Przemysław Strzałkowski polscylektorzy.pl: - Czytamy w Twojej notce biograficznej, że „wolisz osiągać cele uczciwie, mimo, że trwa to dłużej, ale warto”…
Mikołaj Klimek: - Tak, bo warto spojrzeć rano przy goleniu w lustro i widzieć dalej twarz, a nie przysłowiową dupę. Taka jest filozofia mojego życia.

A czy to pomaga?
Nie pomaga. To jest trudne w naszym kraju (śmiech), być człowiekiem uczciwym. Zresztą trudno się przebić przez pewne sytuacje. Ale myślę, że wytrwała praca i praktyka, udowadnianie, że ma się jakiś talent, że tym talentem człowiek może się posługiwać, coś osiągnąć. To jest moja dewiza, że nie trzeba gdzieś chodzić, robić różnych dziwnych rzeczy – jak niektórzy moi koledzy – których bym po prostu się wstydził robić (śmiech). Może to jest taka filozofia, ale myślę, że dla spokoju sumienia po prostu. Nie jestem człowiekiem, który ma parcie na szkło, na sukces, chce być celebrytą czy kimś takim. Nigdy mnie takie rzeczy nie interesowały, bardziej interesuje mnie robienie czegoś dla ludzi. Jeżeli chodzi o lektorstwo, to już jest komercyjna rzecz. Ale jeśli chodzi o teatr, film, właśnie bardziej interesuje mnie tworzenie czegoś – żeby ktoś coś przeżył, zrozumiał, - niż żebym był rozpoznawalny, nie wiem, przez dziesięć osób na ulicy. To jest ciężkie, poza tym. Mam kolegów, którzy tacy są i to wcale nie jest fajne. To może być fajne przez parę dni. Potem już staje się nudne i ciężkie.

Jednak, pomimo braku parcia na szkło, słychać o Twoich sukcesach na aż trzech polach: mamy teatr, mamy film i seriale, mamy reklamy - ale z reklam się po prostu żyje…
No, tak.

…i mamy wspaniałą dziedzinę: dubbing.
To najwięcej.

Ale gdyby żadnej z tych rzeczy nie było, to kim mógłby być Mikołaj Klimek? Mam typ. Ciekawe, czy się zgodzimy.
Już kiedyś sobie wymyśliłem, ponieważ dyplom robiłem z profesorem Peszkiem w Krakowie. I on powiedział parę fajnych rzeczy, których staram się trzymać. Powiedział, że ma wymyślone coś innego, gdyby coś się wydarzyło. Powiedzmy urwało mu nogi, ręce, nie mógłby wykonywać zawodu aktora. I stwierdziłem, że też powinienem sobie coś wymyślić, bo po pierwsze: jest to zawód niewdzięczny potwornie. Czasami praca jest, czasami jej nie ma. Wiadomo, teraz z wiekiem, po 21 latach od szkoły praktycznie (PWST – przyp. red.) człowiek już wyrobił sobie jakąś pozycję. Wcześniej było… ciężko. Ale udało mi się przejść przez to wszystko. W trakcie skończyłem – dokładnie dziesięć lat temu, w 2008 roku  - Warszawską Szkołę Fotografii. I jestem też z zawodu fotografem, chociaż nie zrobiłem dyplomu (śmiech).

Znakomicie wyobrażam sobie Ciebie jako XIX-wiecznego fotografa, który narzuca płachtę na głowę i robi dagerotypy.
Aparatem wielkoformatowym… (śmiech) A, to fajna robota jest. Tylko, że dziś jest już oczywiście inny sprzęt. Kiedyś fajnie to wyglądało, bo – żeby zrobić takie zdjęcie – jeszcze przed wojną albo w XIX wieku, jak widzimy takie piękne portrety, ludzi ubranych w te stroje stylowe, to czas naświetlania wtedy był chyba około 10 sekund, jak nie lepiej. I ci ludzie, żeby zdjęcia nie były poruszone, byli przyspawani, poprzypinani z tyłu do krzeseł, żeby osoba się nie poruszyła przez 10 sekund.

 



Skoro o dagerotypach mowa… Skojarzenie ze starociami, historią. Jesteś krakusem. Gdybyś miał polecić komuś kawałki Twojego Krakowa, takiego nie sztampowego – to co?
Mój Kraków… to może zacznijmy od sportu. Mój Kraków to jest m.in. Cracovia, czyli klub sportowy, piłkarski. Pamiętam, że gdy miałem 7 lat, ojciec (w tajemnicy przed mamą) zamiast do kościoła wziął mnie na mecz, pierwszy w moim życiu. I tak już zostało. Ponad 20 lat mieszkam w Warszawie, ale gdy jeżdżę do Krakowa albo gdy są transmisje meczów, to zazwyczaj chodzę albo oglądam. Mam tam wielu kolegów. Stadion Cracovii miał swoją wielką historię. Byłem świadkiem jego przebudowy z małego rupiecia na nowoczesny obiekt. Bardzo lubię robić wycieczki na Kopiec Kościuszki, ale chodzę w dół, bo podjeżdżam na Kopiec autobusem (śmiech). I moim ulubionym miejscem jest lokalik, który jest nad radiem, w tych fortach. Tam zazwyczaj siedzę, też są piękne widoki. Lubię schodzić dróżką i odwiedzać po drodze cmentarz salwatorski, który jest piękny, ma śliczne widoki. Widać z tej dróżki i Tatry czasami, przy dobrej pogodzie. Mój Kraków to też Podgórze, bo tam się głównie wychowałem i urodziłem, chodziłem tam do liceum, do czwórki. Tam mam takie fajne tereny jak Park Bednarskiego, Rynek Podgórski. To są rzeczy trochę oddalone od Rynku Głównego czy od Kazimierza, które są bardzo popularne. A też ciekawe historycznie i architektonicznie, nie odbiegające od starej części Krakowa.

A propos Kopca… Na Kopcu lektorsko zaczynałeś.
Zaczynałem w RMF-ie, tak.

Który to był rok?
Łojezu! To były studia… to był gdzieś dziewięćdziesiąty trzeci rok. Już… dwadzieścia cztery… pięć lat będzie. Trochę już jest (śmiech).

Jak było wtedy w RMF-ie? To wciąż jego początki.
To w ogóle początki reklamy w Polsce, początki RMF-u i wtedy nawet inaczej wyglądały płatności, bo płacili za sesję, a nie za reklamę. Później to się zmieniło i płacili od sztuki. I odbywało się to w fajny sposób, bo nie było wtedy komórek i tym podobnych rzeczy – żeby był szybki kontakt z lektorem – a na uczelni, na zajęciach siedziało się praktycznie cały dzień. A jeszcze pracowałem z Łowcami Dźwięków, jeżeli chodzi o Kraków.

Nieustraszeni Łowcy Dźwięków...
Tak, u nich też zaczynałem - jak w RMF-ie - w tym samym czasie.

To reklamy. Ale masz wiele osiągnięć w dubbingu. Twoja najulubieńsza lub wymagająca najwięcej wysiłku rola dubbingowa?
Moja najulubieńsza rola… Stała się nią rola Króla Sombry w My Little Pony. To była króciutka rzecz. Stało się to przez ciekawą historię: zostałem zaproszony na konwent, zjazd fanów My Little Pony do Krakowa, razem z koleżanką Olą Jędrzejewską. Byliśmy przekonani, że będzie tłum dzieci, fanów kreskówki… A tutaj wchodzimy na salę i okazuje się, że jest pięćset osób, z czego 95% to faceci - średnia wieku 20 lat (śmiech). Byliśmy kompletnie zaskoczeni.

Ryzyko zawodowe.
Dokładnie, ryzyko zawodowe. Nie wiedzieliśmy, że w takim wieku… ale rzeczywiście było fantastycznie. I potem miałem jeszcze kontakt z tymi ludźmi nie raz, są to fantastyczne osoby. Tam chodzi nie tylko o zwykłe spotkania, ponieważ to jakby subkultura. Robią własne rzeczy: własne filmy, własne animacje, obrazy. Mam prezent, czyli Króla Sombrę namalowanego przez kogoś z nich, który dostałem na tym zjeździe.

Czyli najulubieńsza rola nie musi być największa.
Nie musi. Tym bardziej, że ze względu na specyfikę mojego głosu jest troszeczkę jak w operze, że są… że tu się inaczej wybiera. Bardziej amplituda się liczy.

Właśnie, głos. Wielu sądzi, że lektor, aktor – aby wykonywać swoją pracę – absolutnie nie może dotykać papierosów i alkoholu. Jak jest u Ciebie?
Papierosy… no, właśnie rzuciłem palenie (śmiech; Mikołaj podczas całej rozmowy bawi się skręconym papierosem – przyp. red.)  Rzeczywiście palę już po jeden, dwa i to w dodatku tytoń, a nie papierosy. Kiedyś paliłem po trzy paczki, także trochę się zmieniło. Jakoś tak chyba z wiekiem się uspokajam… no, alkoholu to wypiłem ze dwie cysterny w ciągu życia. Ale przychodzi czas w życiu człowieka, kiedy to wszystko się może nie tyle nudzi, co przejada. I znajomi, i imprezy alkoholowe. Wiadomo, że w zawodzie aktora bardzo wiele można załatwić, bardzo wiele można fajnych sytuacji przeżyć – bo pili praktycznie wszyscy. Oczywiście z małymi wyjątkami. Za moich czasów też prawie wszyscy na studiach palili. Myśmy z profesorami palili normalnie w sali (śmiech).

 



Zatem sprawdza się to, co mówi Tomasz Knapik, że nie trzeba trzymać się zasady „nic z 3x na p”.
Nie, absolutnie. Tym bardziej, że Pan Tomasz kiedyś napisał mi ładnie, gdy wrzuciłem na Facebooku mema: „Do czterdziestki znęcamy się nad swoim organizmem, a potem role się odwracają”. On to przekleił na swój profil i dodał: „Ja się znęcałem do siedemdziesiątki” (śmiech). Tak że da się.

Daj nam Boże trzymać się tak, jak Pan Tomasz. Wspomnieliśmy o legendzie, więc teraz pytanie standardowe, które w cyklu „Bliżej mikrofonu” będę zadawał każdemu. Co radzisz początkującym? Oczywiście poza tym, by zwiewali od tego zawodu.
(śmiech) No, ciężko, ciężko czasami jest, wiadomo. Ale wiesz co – początkującym ludziom? Myślę, że teraz są już takie możliwości – zresztą wielu lektorów to ma – tak zwane studia domowe. Myślę, że można się też w domu tego samemu uczyć. Ceny sprzętu już nie są takie, jakie były – powiedzmy – piętnaście lat temu. Sprzęt można kupić już w granicach dwa do trzech tysięcy złotych. I można na nim pracować profesjonalnie. Dźwięk ma już tę jakość, że przyjmują go stacje radiowe czy telewizyjne. I zwykła sprawa: spisywać sobie teksty reklam, które gdzieś lecą i ćwiczyć. Powtarzać, ale też znaleźć swoją własną drogę, żeby nie być drugim Zbyszkiem Dziduchem czy kimś. Znaleźć własny styl, bo to jest najważniejsze. Jeśli się go znajdzie, to jest się bardziej wiarygodnym.

Jeżeli ktoś słyszy: „Masz głos jak Czubówna!” to nie oznacza, że musi ją naśladować.
Nie, nie. Wiadomo, że ludzie miewają podobne głosy. Mnie na przykład wszyscy porównują – nie wiem, dlaczego, ja tego nie słyszę – przy dubbingu, przy wszystkim mówią: „Jezus Maria – Fronczewski!”. Ja tego nie słyszę, ale może i tak jest (śmiech). Zresztą udało mi się kiedyś zagrać w filmie, który był w połowie fabularny, a w połowie kreskówką. Tam przyjaciela z młodości Papieża w fabularnej części grał właśnie Piotr Fronczewski, a w wersji animowanej oni byli jeszcze dziećmi. I właśnie ja dubbingowałem dziecięcą postać Piotra Fronczewskiego (śmiech).

 



Wiem, że jesteś „zwierzęciem politycznym”. Jak sądzisz, czy – i w jakim stopniu – polityka wpływa na naszą branżę?
Myślę, że polityka na naszą branżę jeszcze nie ma takiego wpływu. Trochę może się to rodzić, ale jeszcze tego nie zauważam. Bardziej mają wpływ prywatne interesy, prywatne układy czasami. Ale nie chcę narzekać, bo jeżeli się prezentuje jakiś poziom, to człowiek nie powinien się przejmować takimi sprawami. Takimi rzeczami niech się zajmują ci, którym talentu nie starcza i muszą kombinować, żeby jakoś przetrwać. Donosić na kogoś czy komuś - za przeproszeniem - lizać dupę. Ja tego nie muszę robić, poza tym nie jestem człowiekiem pazernym, który musi zarabiać sto tysięcy miesięcznie. Absolutnie. Zarabiam tyle, że mi wystarcza (śmiech).

Skoro mowa o zarobkach. Kiedyś nie odrzucałeś ofert mówiąc, że Cię na to jeszcze nie stać. Czy dziś już stać?
Tak. Nie robię już żadnych spotów politycznych, żadnych kampanii wyborczych. Stwierdziłem, że nie warto się w tym babrać. Pracowałem dla praktycznie wszystkich partii politycznych w tym kraju. Czytałem kampanie dla pojedynczych osób i dla całych partii. Przez PiS po SLD kiedyś, PSL, dla Platformy też… i mogę powiedzieć jedno: ci wszyscy politycy są tacy sami. Wszystkim przypominamy się raz na cztery lata (śmiech) i oni wszyscy mają nas tak naprawdę gdzieś. To jest survival dla dużych chłopców. To, co tam zauważyłem, zaobserwowałem to jest po prostu masakra. I nie chcę już mieć z tym nic wspólnego. Wolę obserwować życie polityczne. Nasz wpływ na politykę to są wybory raz na cztery lata. W naszym fachu należy być ponad.

Czy jesteś marzycielem?
Uuu, strasznym. Troszeczkę już z wiekiem mi przechodzi, bo marzenia życie zweryfikowało i weryfikuje (śmiech). Ale staram się być cały czas, w dalszym ciągu marzycielem.

O czym – jeszcze – marzy Mikołaj Klimek?
A powiem ci, że marzę o czymś takim, co ostatnio się stało z Rafałem Zawieruchą. Jeden casting i telefon nagle od… Tarantino, że zagra Polańskiego. Czyli, że są takie rzeczy możliwe u nas (śmiech). Jest to mój kolega i znany aktor, bardzo się cieszę i wierzę, że sobie z tą rolą poradzi. I że osiągnie tym filmem jakiś międzynarodowy sukces.

Cuda się w życiu zdarzają… i tych cudów życzą Ci nieustająco polscylektorzy.pl.
Dziękuję bardzo (śmiech).

 

 

Fot. Przemysław Strzałkowski

 

 

 

 

Brak komentarzy

Zawodowcy do wynajęcia

reklama

Agencja MediaNawigator.com