Publikacje o lektorach
ARTYKUŁY, AUDYCJE, FILMY

Permanentny przegląd prasy, portali internetowych, społecznościowych, radia i telewizji. Zbieramy wszelkie publikacje na temat lektorów i ich pracy. Efekt naszych poszukiwań znajdziesz w tym dziale. Jeśli masz coś czego tu nie ma, podziel się linkiem! Koniecznie daj nam znać!

Tytuł: Marcin Sołtyk – Tu Kielce…
Autor: Przemysław Strzałkowski
Źródło: PolscyLektorzy.pl
Data publikacji: 29.11.2019
 
Cykl wywiadów BLIŻEJ MIKROFONU jest przedsięwzięciem portalu PolscyLektorzy.pl. Rozmawiamy z lektorami nie tylko o doświadczeniach zawodowych, ale też o tym, co ich osobiście ukształtowało, co ich porusza poza pracą. O sprawach, których nie znajdziecie w notkach encyklopedycznych. Choć oczywiście polecamy opracowane przez nas biografie w bazie SYLWETKI LEKTORÓW.

Przemysław Strzałkowski polscylektorzy.pl: Jak właściwie jest ze „scyzorykiem”? To określenie negatywne, czy pozytywne?

Marcin Sołtyk: Kiedyś kojarzyło się bardzo negatywnie. Wydaje mi się, że od momentu, kiedy pewien znany poseł rozsławił tym słowem region, ludzie zaczęli odbierać je nieco lepiej.


Piosenka Liroya jest już klasykiem. Masz w tym udział…

Zaprzyjaźniliśmy się z Piotrem Marcem w czasach, kiedy nie był jeszcze znany jako Liroy. Moją pasją od zawsze była muzyka. Wówczas byłem DJ-em, jednocześnie pracowałem w radiu jako prezenter muzyczny. Poznał mnie z Piotrem inny DJ i prezenter radiowy Bogdan Fabiański, z którym współpracowałem.
Dostawałem nowe płyty, a Piotr chętnie wykorzystywał ich fragmenty do próbkowania i robienia sampli. Kiedyś podczas nocnej rozmowy namawiałem go, żeby nagrał rzecz, którą zaczął rapować w samochodzie przy muzyce płynącej z radia. Mówię: „Piotrek, co to jest? To jest znakomite!” On na to: „To nic takiego, to taka moja rozgrzewka”.
Wyjechał do Trójmiasta, zaczął nagrywać pierwszy album i dzwoni do mnie: „Słuchaj, nagraliśmy cały materiał. I powiem ci coś fajnego – pamiętasz tę rozgrzewkę, o którą kiedyś mnie pytałeś w samochodzie? Namówiłeś mnie, nagrałem to!”. Ten numer nazywa się „Korba” (śmiech).

A jak było ze słowami „Tu Kielce…”, które już trzecią dekadę wypowiadasz na początku piosenki „Scyzoryk”? Dzwoni pewnego dnia Piotr i mówi: „Napisałem kawałek o Kielcach, nagraj mi tam dwa słowa”?

Piotr był kiedyś gościem w mojej nocnej audycji w Polskim Radiu Kielce, jako młody człowiek, który dopiero zamierzał nagrać swoją pierwszą, profesjonalną płytę. Posiedzieliśmy, mieliśmy całą noc do dyspozycji. Wówczas jeszcze można było prezentować całe płyty… Pomiędzy godziną drugą a trzecią włączyliśmy odtwarzanie i było dużo czasu. W rozgłośni zupełnie pusto - siedział tylko strażnik na dole i ktoś w tak zwanej amplifikatorni.
Odpaliłem mikrofon poza anteną, wrzuciłem kasetę DAT do rekordera i zaczęliśmy sobie gadać. To nie miało żadnego celu, idei, po prostu włączyliśmy mikrofon. Nagraliśmy czterdzieści parę minut materiału. Gadaliśmy o głupotach, o muzyce, żartowaliśmy. I gdzieś padło żartobliwe „Tu Kielce”… Piotr wziął potem materiał do studia i zapytał, czy może wykorzystać fragmenty tych rozmów. Zresztą płyta kończy się też sekwencją, dialogiem z tej sesji. Wypowiadam bodajże zdanie: „Ludzie, nie słuchajcie tego chłamu”.

Czyli nie musiałeś specjalnie nagrywać.

Teraz druga wersja. Tak, Piotr zadzwonił do mnie: „Marcin, ile by to kosztowało?” Powiedziałem: „Po koleżeńsku mogę dać ci rabat”, a on: „Będę wdzięczny”. Dogadaliśmy się na kwotę, dzięki której mam osiemdziesięciometrowe mieszkanie, kupiliśmy samochód i jeszcze trochę wsadziliśmy na lokatę. Która wersja lepsza? (śmiech)


I to zachęciło Cię do fachu lektorskiego. Zwykle ludzi interesują pieniądze, więc pewnie ta druga. Przez ćwierć wieku „szczerzyłeś kły znad konsolety”… to kawał czasu.

Zaczynałem przygodę z dyskoteką w połowie lat osiemdziesiątych. DJ, prezenter dyskotekowy w tamtych czasach miał nieco inną rolę. Teraz każdy posiada swobodny dostęp do muzyki, a zarazem media kreują gust. Bywa, że ktoś zamawia kawałek, którego DJ nie zna – nie da się wiedzieć wszystkiego. A wtedy sytuacja była zupełnie odwrotna: ludzie przychodzili do dyskoteki, żeby posłuchać muzyki prezentowanej przez DJ-a. To on podrzucał nowości, przeboje. Dostęp do muzyki był ograniczony i zwykły, szary obywatel bazował na tym, co usłyszał w czterech programach Polskiego Radia oraz na… dyskotece. Bo DJ-e i radiowcy mieli swoje zachodnie kanały, którymi otrzymywali płyty z nowościami.
Raz na pół roku kolega przywoził paczkę z Londynu, na przykład czterdzieści singli. I wiedząc, że na kolejną wizytę przyjdzie długo poczekać, przesłuchiwaliśmy płyty przy szklaneczce dobrego trunku i odkładaliśmy: to będzie premiera w tym tygodniu, to za dwa tygodnie, a to zrobimy za trzy miesiące. Rozplanowywaliśmy „premiery” na prawie pół roku…

Przez sześć lat pracowałeś w kieleckiej rozgłośni Polskiego Radia. Co Cię potem skusiło w radiu komercyjnym?

To był początek, absolutna nowość i wysyp stacji komercyjnych. Od dziecięcych lat słuchałem Polskiego Radia – głównie Trójki – bo nie było nic innego. Wychowałem się na nim. Miałem wielkie szczęście pracować w tej instytucji, którą nadal będę wychwalał - choćby za jeszcze jakiś poziom.
Byłem młodym człowiekiem lubiącym zmiany, lubiącym, gdy coś się dzieje. I bardzo mnie pociągnęła perspektywa pracy w stacji, w której będzie można robić trochę więcej – albo coś innego – niż można robić w radiu publicznym.
Po pewnym czasie trochę żałowałem… z prostej przyczyny: w Polskim Radiu pracowałem z ludźmi, którzy zjedli na radiu zęby. Na każdym kroku stawiali mi jakąś poprzeczkę. Starałem się dorównać i tę poprzeczkę przeskoczyć. Kiedy zaproszono mnie do stacji komercyjnej, pojawiło się tam mnóstwo ludzi, dla których była to pierwsza przygoda z radiem. Nie mieli o tym żadnego pojęcia.
Pracowałem w Polskim Radiu zaledwie sześć lat, byłem prezenterem muzycznym, który chyba jakoś sobie radził. I nagle to ja stałem się guru, zdawało się, że nagle to ja zacząłem wyznaczać wysokość tej poprzeczki dla nich.

Na początku to pewnie było miłe…

To jest miłe, łechcze i człowiek rośnie, ale szybko zaczęło mi to przeszkadzać. Nie czułem się z tym komfortowo. Zabrakło ludzi, którzy zawieszaliby poprzeczkę dla mnie.


Jesteś jednym z tych, którzy do lektorstwa doszli poprzez radio. Nie brakuje Ci czasem anteny? Nie poprowadziłbyś sobie audycji?

Czasami tak. Podobno tego się nie zapomina, ale wydaje mi się, że trzeba być „w ciągu” i na fali, by zrobić to w miarę bez wysiłku i sprawnie. Musiałbym się chyba powolutku z powrotem wdrażać. To nie jest takie proste. Może się mylę, może poczułbym się jak ryba, wpuszczona znów do oceanu… Nie było takiej próby, ale nie mówię „nie” (śmiech).
Poza tym nadal prezentuję muzykę, choć w nieco innej formie i nie zawsze jest to muzyka, którą kocham. Od wielu lat mój głos towarzyszy festiwalom, koncertom, galom muzycznym: Top Trendy, Polsat Super Hit Festival, Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu, Sylwester w Dwójce, Letnia Trasa Dwójki, Fryderyki…

Na przełomie wieków postanowiłeś, że lektorstwo będzie Twoim głównym zajęciem. Zaczął się romans z telewizją i Warszawą, który trwa do dziś. I zdaje się, że było warto?

Należę do szczęśliwych ludzi, którzy przez większość swojego życia zawodowego robią to, co lubią. Mam kolegów, którzy pracują w tej branży od wielu lat. Jeśli chodzi o staż, jestem stosunkowo młodym lektorem. Pracuję około dziesięciu, może dwunastu lat. Ale na samym początku nie było jeszcze technologicznej możliwości, by robić to z Australii czy Wysp Dziewiczych. W tej chwili jest ta cudowność, że można czytać, nie wiem, z Zanzibaru.
Cała branża jest skupiona w stolicy i siłą rzeczy zacząłem tam jeździć. Choć znam kilka prężnych firm, które nie działają w Warszawie i doskonale sobie radzą. Teraz można pracować na odległość, ale uważam, że gdybym dziś miał zaczynać tę przygodę, to z perspektywy mieszkania na Zanzibarze nie mogłoby się udać. Spotykanie się z ludźmi twarzą w twarz zupełnie inaczej działa.


Mówisz skromnie o swoim stażu w zawodzie. Ale myślę o Tobie raczej: dobra, jeszcze stara szkoła.

Zarumieniłem się, bo lubię to określenie i mam wielki szacunek do starej, dobrej szkoły. Dotyczy to pewnych nawyków, języka i świadomości tego, co się robi. Niektórym wydaje się, że każdy potrafi przeczytać… Oczywiście fajnie, że wielu próbuje to robić. Ale nie każdy się nadaje i chyba nie da się od początku do końca nauczyć; trzeba mieć to „coś”, co można potem szlifować.

A dziś – dzięki technologii - jest łatwiej zaczynać?

I tak, i nie. Myślę, że pewne bariery są zawsze. Teraz pojawiło się więcej możliwości, bo z każdym rokiem przybywa kanałów tematycznych  kupujących całą masę produkcji, które trzeba udźwiękowić w wersji polskiej. Wiem od studiów i działów opracowań, że mają problem z czasem i przerobieniem wszystkiego. Faktycznie, potrzeba lektorów. Z drugiej strony – jest trochę głosów na rynku, dajemy radę.
 
Chyba potrzebny jest łut szczęścia…

We wszystkim. Myślę, że jest dużo niewytłumaczalnych splotów zdarzeń. Ze mną też nie było tak, że pukałem, wchodziłem i mówiłem: „Dzień dobry, chciałbym przeczytać trzy filmy, a jutro dwa”.
 
„Świetnie, że pan przyszedł!”

„Spadł nam pan z nieba!” Nie jest tak. Pukałem do wielu drzwi, a odzewu przez dłuższy czas nie było. Ewentualnie – cytując klasyka -  słyszałem „zadzwonimy do pana”. I czekałem na telefony, w międzyczasie robiąc inne rzeczy. Ale wreszcie któregoś dnia zadzwonili, a potem już jakoś poszło (śmiech).
Często działa to na zasadzie znajomości. Potrzebne są kontakty twarzą w twarz, bo ludziom zdecydowanie łatwiej przypominają się głosy, jeśli znają je „z twarzy”.


Czujesz się lepiej jako maratończyk, spędzający długie godziny nad listą dialogową, czy sprinter, czytający krótkie formy?

Tym większą radość przynosi mi ta praca, że czytam tak wiele różnych form. Do niektórych pasuję bardziej, do niektórych mniej – nie ja wybieram, to samo się toczy. Czasem robi się coś, bo ludzie się do tego przyzwyczaili. Wspomniałeś o sprintach… Na przykład „Pytanie na śniadanie” to nie jest taki efektowny sprint, to ciężka tyrka. Nagrywam codziennie, jestem do dyspozycji siedem dni w tygodniu. Nie jest to efektowne, łatwe i wbrew pozorom nie są to jakieś „kokosy”, ale da się żyć.

Ale… była „Miss Polonia”, „Fryderyki”, „Telekamery”. Można powiedzieć, że Twój głos jest głosem sukcesu.

(śmiech) Ostatnio miałem przyjemność spotkać koszaliniankę, Olę Kostkę, którą - mam wrażenie - znam od wieków. I ona też mnie zna – tyle, że z głosu.
- Cześć, Ola. Moja twarz nic ci nie mówi, ale może głos powie…
- Ach, jak mi miło! To ty zapowiedziałeś, że dostaję Telekamerę.
Zapamiętała, że mój głos wręcz „przyznał” jej nagrodę Telekamery w kategorii Prezenter Pogody (śmiech). Takie sytuacje są bardzo miłe.

A rozpoznają Cię w sklepach, na stacjach benzynowych?

Raczej nie. Są głosy, które brzmią charakterystycznie w radiu, telewizji i tak samo brzmią na żywo, a są takie, które zupełnie inaczej brzmią „prywatnie”. Myślę, że do nagrywania trochę się przestawiam. I nie wiem, czy nie jest to również skutek mojej uniwersalności, konieczności zmian stylu. Trzeba raz dynamicznie - raz spokojnie, raz na przyszepcie - a raz normalnie… Ludzie są zdezorientowani, nie do końca wiedzą, który głos jest mój. I może dlatego nie jest aż tak charakterystyczny i rozpoznawalny na ulicy.

 
Branża ciągle się zmienia. Pamiętasz czasy taśmy DAT, więc masz już pewne porównanie. Jakie zmiany Ci się podobają, a jakie nie?

Lubię, gdy człowiek występujący publicznie stara się mówić poprawnie po polsku. Nie twierdzę, że ja posługuję się językiem polskim super-poprawnie, każdy popełnia błędy. Czasem nie jestem pewien, jak coś przeczytać. Ale istotne jest to, że się nad tym zastanawiam. Natomiast mam wrażenie, że wielu młodych lektorów ulega potężnej fali błędów,  która wkracza do języka.
Bywa, że łapię się na myśli, czy jestem już starym zgredem. Moja nauczycielka polskiego w podstawówce - cudowna kobieta, mama pewnego znanego dziennikarza - używała słowa „najsamprzód”, które zdawało się już wtedy śmieszne. Zastanawiam się więc, czy jestem zgredem twierdząc, że młodzież posługuje się jakimś dziwnym językiem? A może odwrotnie? Może ja używam języka niemodnego?
Od kilku lat cierpię z powodu akcentowania słów. Koledzy i realizatorzy w studiach znają mnie już z wchodzenia w dyskusję na ten temat. Żartujemy, że nasi wybitni językoznawcy w sytuacjach kłopotliwych ratują się stwierdzeniem, że „obie formy są dopuszczalne”. Naczelną zasadą akcentowania w języku polskim jest przedostatnia sylaba, plus oczywiście wyjątki. Ale tych wyjątków pojawia się coraz więcej i to sprawia, że miewam wątpliwości.
Dużo jest na co dzień śmiecia językowego. Myślę, że nawet nauczyciele mogą być zdezorientowani. Język jest żywy, ewoluuje… fajnie, ale bez przesady (śmiech). Nie ma sensu niszczyć ładnych rzeczy.

Przy całym bogactwie form, w których się udzielałeś – co jeszcze zawodowo Ci się marzy?

Jestem wielkim fanem serii filmów o Agencie Jej Królewskiej Mości, szczególnie tych starszych z Seanem Connerym i Rogerem Moorem. Marzy mi się, by przeczytać serię filmów o Jamesie Bondzie. A najlepiej, gdyby ktoś odkopał oryginalne tłumaczenia Tomka Beksińskiego… to już byłoby mistrzostwo świata.

Oby było jak w piosence: „Wszystko się może zdarzyć”. Dziękujemy!

Bardzo dziękuję. I wszystkim życzę „Szczęśliwego Nowego Jorku”! Wszak można już tam latać bez wiz! (śmiech)


Zdjęcia: Przemysław Strzałkowski / PolscyLektorzy.pl
Asystent planu: Renata Różycka

* cytat: Maciej Kraszewski „Ostrzeżenie: Marcin Sołtyk ma głos i nie zawaha się go użyć!”

 

 

 

 

 

Brak komentarzy

Studio Medianawigator.com

reklama

Agencja MediaNawigator.com