Publikacje o lektorach
ARTYKUŁY, AUDYCJE, FILMY

Permanentny przegląd prasy, portali internetowych, społecznościowych, radia i telewizji. Zbieramy wszelkie publikacje na temat lektorów i ich pracy. Efekt naszych poszukiwań znajdziesz w tym dziale. Jeśli masz coś czego tu nie ma, podziel się linkiem! Koniecznie daj nam znać!

Tytuł: Jarosław Dubaniewicz - Musiałem przecierać nowe ścieżki
Autor: Przemysław Strzałkowski
Źródło: PolscyLektorzy.pl
Data publikacji: 14.08.2019
 
Cykl wywiadów BLIŻEJ MIKROFONU jest autorskim przedsięwzięciem portalu PolscyLektorzy.pl. Rozmawiamy z lektorami nie tylko o doświadczeniach zawodowych, ale też o tym, co ich osobiście ukształtowało, co ich porusza poza pracą. O sprawach, których nie znajdziecie w notkach encyklopedycznych. Choć oczywiście polecamy opracowane przez nas biografie w bazie SYLWETKI LEKTORÓW.

Przemysław Strzałkowski polscylektorzy.pl: Jarku, ze swymi licznymi zajęciami jawisz się jako człowiek renesansu. Czy byłbyś już w stanie samodzielnie wykonać operację chirurgiczną?

Jarosław Dubaniewicz: Samodzielnie nie, ponieważ operacje chirurgiczne – te, w których uczestniczyłem – mają zespół chirurgów. Myślę o nowoczesnych operacjach laparoskopowych. Jest kamerzysta, chirurg prowadzący, jego asystent, instrumentariusz, plus dwie osoby w odwodach. Ale sądzę, że dwa–trzy tygodnie ćwiczeń na symulatorze  laparoskopowym mogłyby dać mi nadzieję na to, że jako asystent asystenta mógłbym w takiej operacji uczestniczyć. Swoją obecność zawęziłbym do tego lekarza-chirurga, który obsługuje kamerę: ma wsuwkę z oświetleniem i kamerą, dzięki której wszyscy mają na ekranie (lub dwóch) obraz HD.


Wyjaśnijmy, że pracujesz obecnie w firmie World Video, która realizuje między innymi dokumentacje medyczne.

Nie specjalizujemy się stricte w operacjach, zajmujemy się szerokim spectrum filmu komercyjnego. Część klientów stanowią firmy medyczne, które zlecają nam tego typu – nazwijmy to – iventy filmowe. Operacje laparoskopowe mają to do siebie, że pacjent nie jest „krojony”. W związku z tym wymogi higieniczne nie są aż tak wysokie, jak kiedyś. Oczywiście musimy być zdrowi i poświadczyć to podpisem. Musimy przebrać się od stóp do głów w strój obowiązujacy prawdziwych lekarzy i nie dotykamy żadnych instrumentów. Zachowujemy się dużo lepiej, niż słoń w składzie porcelany.


Byłeś szefem działu reklamy FSO. Dziś powstanie reklamy telewizyjnej poprzedza trylion badań konsumenckich, animatików, scenariuszy, wielopiętrowe sito konsultacji. A jaki był klimat pracy w latach 80 i wczesnych 90?

W latach 80 reklama w Polsce raczkowała, nie było struktur skupiających ludzi, którzy mogliby już wtedy wykonywać funkcje  marketingowe. Bo marketing pochodzi ze Stanów Zjednoczonych i w latach 80 już funkcjonował. Niektórym wydaje się, że marketing to późne lata 90, czy wręcz XXI wiek, a to nieprawda.
Kończąc studia ze specjalizacją reklamową bazowałem – w teorii – na marketingu amerykańskim. I szybko się zorientowałem, że w fabryce na stanowisku specjalisty do spraw reklamy byłem jedyną osobą przygotowaną zawodowo. Reszta koleżanek i kolegów chodziła innymi drogami i musiała się przysposobić do pracy. 
Wtedy w dużej fabryce dział reklamy pełnił  jednocześnie funkcję agencji reklamowej i… zleceniodawcy. Fabryka sama sobie zlecała zadania i sama musiała je wykonywać. Owszem, były organizacje na kształt agencji reklamowych, nazywały się Przedsiębiorstwami Handlu Zagranicznego – ale wierz mi, że te przedsiębiorstwa nie zatrudniały specjalistów do spraw reklamy! To były przedziwne układy. Niektórzy czuli reklamę i promocję, natomiast ja znalazłem się na polu, na którym musiałem sam grabić, sam kopać, musiałem przecierać nowe ścieżki. I próbować nakłonić do tego innych, wierząc, że to jest dobre w danym momencie dla reklamy naszych samochodów.


Rok 1990. Zespół Jarosława Dubaniewicza wybiera diapozytyw do nowego plakatu. (fot. serwis FSO)

 

Wcześniej – cytując klasyka – „nie było niczego”. Narrację filmową, telewizyjną kształtowała głównie propaganda. Nie było dotąd reklamy i przecierałeś szlak. Skąd brałeś inspiracje?

Oczywiście spojrzenie na Zachód – bo stamtąd płynęły nowinki, jak sprzedawać. Próbujesz zasugerować, że po co było reklamować w Polsce rzeczy, które były na talony, na asygnaty…


Uderz w stół, a nożyce się odezwą (śmiech).

Fabryka – o czym niewiele osób wie - prowadziła intensywną działalność eksportową, bo musiała przynosić tak zwane „dewizy”, czyli środki płatnicze lepsze od złotówki, która w tamtych czasach nie była jeszcze wymienialna. A eksport był bardzo wielokierunkowy.


Wiem, że sprzedawaliśmy Polonezy m.in. do Francji i Wielkiej Brytanii…

Tak. Do „demoludów” to wiadomo (socjalistycznych krajów „demokracji ludowej” należących do RWPG, czyli Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej pod przywództwem ZSRR – przyp. red.), natomiast była jeszcze Azja – Chiny, był Egipt, Ameryka Południowa – Kolumbia, Wenezuela. Mało tego, w pewnym momencie polskie samochody kupowali amerykańscy żołnierze stacjonujący w Republice Federalnej Niemiec. Samochody były też kupowane przez Benelux, czyli Belgię i Holandię, o Luksemburgu nie pamiętam.
To, czego nauczyłem się na studiach, konfrontowałem z działaniami importerów, dealerów. Wtedy nazwa „dealer” - sprzedawcy prowadzącego na danym rynku działalność marketingową - była zupełnie nowa. Mogłem chłonąć jak gąbka i próbowałem to wprowadzać na rodzimym rynku. Mam nadzieję, że z fajnym – jak na ówczesne czasy – skutkiem.
Próbowaliśmy stworzyć coś w rodzaju agencji reklamowej, która wymyśla, jest kreatywna. Kreacja mnie nie opuszczała. Wymyśliłem pierwsze w historii fabryki hasło reklamowe: „FSO Polonez – Your best discovery”. Plakaty z tym hasłem były wysyłane właśnie na rynki zachodnie. „Discovery”, bo wtedy były w modzie promy kosmiczne. Dobrze, że nie „Challenger”, bo niestety tragicznie skończył.


Spot FSO POLONEZ NEWIND (1987). Koncept, scenariusz i nadzór nad realizacją - Jarosław Dubaniewicz.


A jak to się stało, że kolejna wersja Poloneza nazywała się „Caro”? Wcześniej królowało oznaczenie „MR” plus rok modernizacji.

Polonez musiał być z roku na rok modernizowany, wprowadzano unowocześnienia, nowinki, ale w pierwszych latach mojej pracy w fabryce te nowinki były nieistotne. Niewiele zmieniały. Oczywiście, fabryka musiała się chwalić, że wprowadza nowy model i oznaczała go bardzo wyszukaną nazwą „MR”. Po kilku latach mnie to denerwowało. Prowadziliśmy katalog identyfikacyjny fabryki i byłem bardzo uczulony na nazewnictwo. Kształtowaliśmy nazwy handlowe: Polski Fiat zaczął się nazywać FSO 125p (niektórzy wciąż mówią mylnie FSO 1500).
Szczęśliwym zbiegiem okoliczności w 89 roku Polonez przeszedł szaloną – jak na tamte czasy – modernizację. Zmian konstrukcyjnych i stylizacyjnych było dwieście siedemdziesiąt!
Gdy dotarło to do mnie i współpracowników, powiedziałem sobie: „Zrób tym razem coś więcej!” Myślałem… Pamiętam, że był sierpień 89. Obudziłem się – a rano, jak wiadomo, ma się najlepsze pomysły – i stwierdziłem: „Ma się nazywać… FSO Polonez Caro!” Sam siebie zapytałem, czy mam jakieś kontrpropozycje? Nie. Ma się nazywać „Caro”! I takie zatrzymanie: ale jak to przekażę moim pryncypałom? Powiedziałem sobie, że tak przedstawię i koniec. Szedłem jak rycerz w przyłbicy na ostre starcie.
Powiedziałem swojemu dyrektorowi, a on: „Dobrze, powiedz mi tylko – dlaczego?” Napisałem, że jest to zgodne z trendem w motoryzacji zachodniej. Przykładowo Opel Corsa nazywa się „Sting”. Wyróżnik mówi, że to jest jakaś nowość. 
Fabryka zleciła przeprowadzenie badań na „czystość”. Rzecznik patentowy musiał sprawdzić, czy ktoś tej nazwy nie używa. Okazało się, że w Polsce jest czysta. Natomiast na rynkach zachodnich miał to podobno Mercedes, ale nie w tym segmencie.
Byli oponenci i ktoś stwierdził, że w Egipcie „caro” oznacza bodajże osła. Potem były badania prób losowych, w których odbiorca miał określić swoje skojarzenia związane z ta nazwą. Wyszły pozytywnie. Projekt logotypu wykonał artysta-grafik. Powiedziałem mu, jak sobie to wyobrażam i spełnił oczekiwania. Fajny był ten logotyp, pewnie pamiętasz.
Mniej więcej po dziesięciu miesiącach od owego poranka odbyło się kolegium dyrektorskie i w głosowaniu nazwa została zaakceptowana. Myślałem, że to będzie na krótką metę – na rok, może dwa. Okazało się, że nazwa przetrwała kolejną dekadę. Gdy fabrykę przejęli Koreańczycy, również jej używali, rozszerzając bezprawnie – bez mojej wiedzy - na „FSO Caro Plus”. W dzisiejszych czasach bardziej restrykcyjnego prawa prawdopodobnie by się im to nie udało. 


Duży Fiat – FSO 125p – miał swoje oficjalne zakończenie produkcji. Natomiast produkcję Poloneza zawieszono i… potem po prostu jej nie wznowiono.

Nie pamiętam, żeby było jakieś uroczyste pożegnanie. I okazuje się, że FSO Polonez Caro był ostatnią polską konstrukcją osobową, która jeszcze gdzieś-tam jeździ po drogach.
W pewnym momencie stwierdziłem, że wszystko musi się kiedyś skończyć. I że dobrze byłoby wyjść z tej gry…


Na swoich zasadach?

Tak. A zwieńczeniem mojej kariery było wymyślenie nazwy samochodu. I dopiąłem swego. Dla reklamowca to duża satysfakcja.


Wśród pierwszych produkcji zdarzało Ci się realizować zlecenia dla Mariusza Waltera. Gdyby wtedy istniał Facebook, zapewne oznaczyłbyś się „w obliczu wyzwania”?

Oczywiście, że tak. Mariusz Walter z firmą ITI to było dla mnie – przy moich aspiracjach „renesansowych”, jak stwierdziłeś – duże wyzwanie. Wręcz oczekiwanie, że wreszcie pojawi się w działalności reklamowej technika filmowa. Podszedłem do tego jak zwykle ambitnie. Gdy Mariusz Walter nawiązał współpracę z fabryką, był niekwestionowanym autorytetem. Ale musiałem wtrącić swoje trzy grosze…. Wchodząc do fabryki opowiedział wizję pierwszego spotu, a wtedy wszedłem mu w słowo i zaproponowałem muzykę – fragment kompozycji Pink Floyd. Wtedy nie było jeszcze regulacji prawnych. Teraz kompozycje do spotów reklamowych są opłacane: oryginalne, bądź wybierane z banku. Powiedział: „Świetnie! Bardzo dobrze!”
W reklamie trzeba się znać na wielu rzeczach, a z muzyką od dziecka byłem za pan brat. Nie tylko jako bierny słuchacz, bo amatorsko grałem z kolegami na gitarach, wokalnie też się produkowałem. I to przydało się przy przełamywaniu pierwszych lodów z ITI. A moja propozycja scenariusza spotu spotkała się – o dziwo – z pozytywnym przyjęciem. Pan Mariusz Walter powiedział: „No, to pan zrobi ten film!” I już.
A żeby nie wszystko było takie różowe: po realizacji zdjęć i montażu materiału do kolaudacji zostałem sprowadzony z nieba na ziemię. Pan Mariusz był na tyle uprzejmy, że w punktach na kartce napisał piętnaście czy dwadzieścia uwag krytycznych, co było bardzo dobrym wiadrem zimnej wody, która otrzeźwiła mnie i kazała spojrzeć krytycznie na raczkującą produkcję filmową. Wyciągnąłem wnioski. Byłem żółtodziobem i dałem się wpuścić w maliny ekipie realizacyjnej, która weszła mi na głowę. Po krytyce pana Mariusz Waltera poprosiłem o dobrego operatora, z którym mógłbym pracować. Został nim Andrzej Jarosław Jaroszewicz. Znany operator, który później zrobił m.in. zdjęcia do „Quo Vadis”. Po drugim podejściu spot powstał i został wyemitowany. Patrzę na to z rozrzewnieniem i nostalgią (śmiech). Wymyśliłem lokację na płycie lotniska Okęcie, z której Polonez miał prawie wystartować (śmiech) jak… no, może nie prom kosmiczny, ale jak odrzutowiec. W życiu przydają się dobrzy ludzie, którzy potrafią cię umiejętnie skrytykować.


 Muzyka jest w Twoim życiu wciąż obecna. Komponujesz, śpiewasz, realizujesz teledyski do swoich piosenek. Czy doczekamy się Twojej płyty?

Może… Natomiast publikacji nie jest zbyt dużo, bo nie chcę się za bardzo wychylać, znając swoje miejsce na tak zwanym firnamencie muzycznym. Podchodzę do tego z lekkim dystansem. Wcześniej miałem więcej marzeń muzycznych, ale różne koleje wydarzeń temu nie sprzyjały. Nie było portali społecznościowych i takich możliwości. Jeśli mówisz o płycie… właściwie jedną płytę w zaciszu domowym kilkanaście lat temu wyprodukowałem. To produkcja czysto rodzinna; wymyśliłem płytę z piosenkami dla dzieci, śpiewanymi przeze mnie w towarzystwie córki. 


"Zostań" - Jarosław Dubaniewicz.

Muzyka - Dariusz Niedek, Jarosław Dubaniewicz. Słowa -Jarosław Dubaniewicz.

 

Czytałeś już do swych pierwszych produkcji reklamowych. Kto w tamtym czasie był Twoim lektorskim wzorem?

W czasie nagrań spotkałem tuzy ówczesnego świata lektorskiego: pana Lucjana Szołajskiego, Krzysztofa Świętochowskiego… te dwa nazwiska najbardziej pamiętam. Zachwycałem się ich profesjonalizmem, ale… (śmiech) bez specjalnej „krępacji” – aczkolwiek zachowując szacunek dla warsztatu – czynnie brałem udział, czyli w pewnych momentach korygowałem tempo i intonację. Będąc pod wielkim wrażeniem i zachwycając się tembrem głosu, który powodował, że nasze produkcje miały ręce i nogi.


Nie byłbyś sobą, gdybyś nie pokierował.

Tak, choć mam dystans do siebie. Człowiek nie myli się wtedy, kiedy nic nie robi. Z tym renesansem też oczywiście z przymrużeniem oka… aczkolwiek lubię wiele wiedzieć.


Co Twoim zdaniem jest szczególnie ważne w podejściu do zawodu lektora? Co jest ważne w podejściu do słowa?

Ważne jest rozumienie słów, które się wypowiada – to po pierwsze. A po drugie – nie oszukujmy się, w zawodzie lektora najważniejszy jest dar boski, czyli tembr głosu. Jeśli tego „czegoś” nie masz, powinieneś dać sobie spokój i nie próbować na siłę zrobić z siebie lektora.
Jeśli masz ten dar, charakterystyczne, inne brzmienie – to oczywiście powinieneś szlifować ten głos. I nie jest to nic odkrywczego. Zawód lektora jest określony różnego rodzaju specjalizacjami: niektórzy są świetni w tak zwanej szeptance i tylko w tym. Niektórzy są dobrzy w scenkach, inni w narracji - czyli w audiobookach. Ale jeśli chcesz być dobrym lektorem, to po części powinieneś być wszechstronny.
Wczucie się w słowo i wypowiadane zdanie, intonacja, rytmika, tempo przekazu – jeżeli to wyczuwasz, pojmujesz, to jesteś dobrze słyszalny. 



Zatem nie ma sensu wydobywać z głosu tego, czego w nim nie ma, bo to zawsze słychać.

W dzisiejszym świecie totalnej medialności pojawiają się głosy różne i różniste. Jestem na tyle na wszystko wyczulony – począwszy od tembru, a skończywszy na dykcji, artykulacji i rytmice – że z alergiczną dokładnością wyławiam te dobre, a częściej złe strony lektorowania.
Dzisiaj słowo jest często nie tyle słyszane, co widziane. Lektorzy i prezenterzy to podobna profesja, granica się zaciera. W związku z tym jeżeli ktoś przekazuje wiadomości i co dwa zdania się myli (mając prompter przed sobą), bądź uśmiecha się w takich momentach, które wcale nie wywołują uśmiechu – to zaczynam myśleć, czym rządzi się świat medialny. Nie są to pogodne wnioski. Prawa tego świata nie są przeze mnie do końca akceptowalne.
Reasumując: rynek lektorów niebezpiecznie się zwiększył i wiele osób moim zdaniem trafiło tam z przypadku, bądź układu.  

  
Być może upowszechniło się przekonanie, że lektor wypowiada kilka słów, a zarabia kilkanaście tysięcy. Łatwo i przyjemnie.

W tym zawodzie można zarobić dużo, mało, ale z reguły mało. I trzeba się naprawdę napracować, a przede wszystkim naczytać. Lektor musi pochylić się także nad małymi projektami i zrobić coś za mniejsze pieniądze. Nie stanowi to dyshonoru i ujmy. Zdarzają się teksty za małe pieniądze, ale trzeba ten zawód czynnie uprawiać, zamiast czekać na gwiazdkę z nieba.


A propos gwiazdki. Czego możemy Ci życzyć w ten piękny, letni dzień?

W ten piękny, letni dzień życzyłbym sobie pozytywnej energii. Takiej, która będzie uskrzydlała – wracam do lotniczego leitmotiv’u, który przyświecał mi na początku pracy w reklamie.
Chciałbym mieć dużo budujących inspiracji. Dobrego zdrowia. I mieć otoczenie, które wspiera, akceptuje i obdarza uczuciem. Bo miłość to piękna sprawa.


Wspieramy, akceptujemy i dziękujemy!

Dziękuję serdecznie za rozmowę.



Zdjęcia: Przemysław Strzałkowski / PolscyLektorzy
Asystent planu: Renata Różycka

 

 

 

 

 

Brak komentarzy

Zawodowcy do wynajęcia

reklama

Agencja MediaNawigator.com