Publikacje o lektorach
ARTYKUŁY, AUDYCJE, FILMY

Permanentny przegląd prasy, portali internetowych, społecznościowych, radia i telewizji. Zbieramy wszelkie publikacje na temat lektorów i ich pracy. Efekt naszych poszukiwań znajdziesz w tym dziale. Jeśli masz coś czego tu nie ma, podziel się linkiem! Koniecznie daj nam znać!

Tytuł: Barbara Kałużna - W przyszłym życiu będę chudą, zimną suką
Autor: Przemysław Strzałkowski
Źródło: PolscyLektorzy.pl
Data publikacji: 10.06.2019
 
Cykl wywiadów BLIŻEJ MIKROFONU jest autorskim przedsięwzięciem portalu PolscyLektorzy.pl. Rozmawiamy z lektorami nie tylko o doświadczeniach zawodowych, ale też o tym, co ich osobiście ukształtowało, co ich porusza poza pracą. O sprawach, których nie znajdziecie w notkach encyklopedycznych. Choć oczywiście polecamy opracowane przez nas biografie w bazie SYLWETKI LEKTORÓW.

Przemysław Strzałkowski polscylektorzy.pl: Mawiasz, że aktor to zawód wędrowny… Każdy w życiu przechodzi różne etapy. Jakie masz za sobą?

Barbara Kałużna: Dwa. Granie, a teraz czytanie.

Czytanie przyszło do Ciebie, czy je wybrałaś?

Przyszło. Grałam w teatrze i bardzo to lubiłam. Grałam dużo w Teatrze Nowym w Poznaniu, przez kilka lat. Potem zmieniła się dyrekcja i okazało się, że nie jestem potrzebna. Wróciłam do Warszawy, gdzie wcześniej studiowałam. Tak się zdarzyło, że poszłam na casting kampanii „Dobrze znać swoje prawa”, finansowanej przez Unię Europejską. Wygrałam i zrobiliśmy ileś-tam spotów telewizyjnych oraz spoty radiowe. W ten sposób trafiłam do Radia ZET. Tam poznałam Justynę Wojtkowską, która powiedziała, że powinnam nagrać swoje demo głosowe. Właściwie dzięki Justynie robię to, co robię. Zawodowo - jestem tu, gdzie jestem. I jeszcze Joasi Wizmur, która zaprosiła mnie do dubbingu.
Ja, kurczę, nie umiem się starać o pracę. Nie umiem się reklamować, zabiegać. Ale tak się stało, że zaczęłam być wzywana na nagrania. 
Tak naprawdę byłam przerażona. Miałam 32 lata, skończył się etap teatru. I radio, nagrania, przyszły same.

Większość garnie się raczej do Warszawy. A Ty wcześniej wybrałaś Poznań, była też Bydgoszcz…

Jeździłam gościnnie do Bydgoszczy, bo miałam tam fajne rzeczy do zagrania. Grałam Blanche w „Tramwaju zwanym pożądaniem”. Świetne przedstawienie! Coś innego, niż w Teatrze Nowym w Poznaniu.  Graliśmy z widownią bez „ściany”, było wiele momentów niereżyserowanych, improwizacji. W Poznaniu to się nie zdarzało, wszystko było „ustawione”. Oczywiście, w teatrze nigdy nie ma dwóch takich samych spektakli, ale tam doświadczyłam rzeczy zupełnie nowych. Chociaż najlepszą szkołą zawodu był jednak teatr Korina w Poznaniu. Ale potem przestałam jeździć, szukać. Mówisz o wędrownym zawodzie… Przestałam, bo nie potrafię się ani reklamować, ani wkręcać, ani zawalczyć o siebie. Wszystko, co robię w życiu, przychodzi – dzięki Bogu – samo. Tak mi się wydarza… Dobrze się wydarza.

 


Nie interesuje Cię rozpychanie się łokciami?

Nie mam Facebooka, nie mam Instagrama, swojej strony internetowej. Ja tak, cholera, nie potrafię. Dlatego dobrze mi za mikrofonem, gdzie mnie nie widać. Jarek Boberek, gdy nagrywamy Mariana i Barbarę, zawsze się ze mnie śmieje, że mam parcie na mikrofon. Bo rzeczywiście jestem zawsze bardzo blisko sitka. Bardzo! Mówię mu: „Daj mi spokój, przynajmniej nie mam parcia na szkło!” Za mikrofonem jest mi bezpiecznie, dobrze, nie widać mnie. Lubię to, że w naszych lektorkach jest ciemno, kameralnie.

Czyli Twoja „nisza ekologiczna” to właśnie dubbing?

Odnajduję się w tym. I strasznie lubię tę pracę. Czasem koledzy marudzą, że dwadzieścia sześć wersji… a ja mówię, że to jest fajne! Można z tekstu coś nowego wycisnąć, wymyślić, wykręcić.

Masz już na koncie mnóstwo…

Nie tam mnóstwo, trochę!

…produkcji. Jesteś uwielbiana przez widzów.

Przesadzasz! Nie mów tak, bo to mnie krępuje (śmiech). Ja po prostu robię swoje. I jeśli się to udaje, jeśli się podoba, to super. A jak mi się czasami nie udaje… Bo oczywiście, że się nie udaje. Kiedy moje dziecko ogląda jakieś bajki i myślę sobie: „O, kurczę! Ale spieprzyłam. Ale niewyraźnie!  Jak oni mogli mi to przepuścić? Trzeba mnie było opieprzyć i kazać nagrać jeszcze raz”. Jestem swoim największym krytykiem i często proszę realizatorów, żeby móc odsłuchać to, co nagraliśmy. I sama siebie się najbardziej czepiam. Słyszę, co może być nieczyste artykulacyjnie albo położone, zachwiane, że można było lepiej. Lubię powtarzać, lubię szukać.

 


Każdy miewa gorszy dzień. Ale pewnie do niektórych postaci masz sentyment? Takich, które wyszły Ci najfajniej?

Są takie, o których – gdy oglądam dzisiaj z Amelką, a były nagrane nawet parę lat temu – myślę sobie: fajne, może być! I widzę, że to działa, bo Amelka i dzieci się wkręcają. Czasami słucham i myślę: „To ja! Nie poznałam się…” (śmiech). Najczęściej w bajkach, które nagrywamy w Starcie i Masterfilmie.

Zdradzisz, które to postaci?

Bardzo lubię Gigantikę. Jest też piękny film dla dzieci „Strażnicy marzeń”, grałam tam Wróżkę-Zębuszkę. Polecam, żeby pokazać dzieciakom… Nie wstydzę się, gdy tego słucham.
Nie gram w gry komputerowe, więc nie wiem, jak mi to wychodzi. Ale nagrywam ich dużo i jeśli przychodzi kolejne zlecenie to znaczy, że jakoś sobie poradziłam i gram dalej.
Powiem szczerze, że kiedy siedzę zamknięta w studio, w lektorce, i nagrywamy takie mocne rzeczy: „bierz go!”, „zabij!”, „wyjdź!”, a potem wychodzę i patrzę, a tam za oknem w Starcie brzózka na wietrze się kołysze… i słońce świeci… To myślę sobie, kto z własnej woli siedzi i gra, zamiast wyjść na dwór, patrzeć na świat (śmiech), że tylu ludziom się chce. A wiem, że potrafią całymi nocami siedzieć i grać, uzależniają się od tych gier. Nie wiem, jak to możliwe. Ja bym raczej uciekała.

Nie zareklamowałaś jakoś specjalnie swoich postaci z gier (śmiech).

Cholera, to może wytnij.

To się wytnie… Oczywiście, że się nie wytnie! (śmiech) A jaka jest różnica w graniu do filmów i graniu do gier?

W bajkach jest tak, że cały czas widzisz postać. Wiesz, do kogo grasz. W grach teraz już pokazują nam jak wygląda twoja postać, ale idziesz za głosem, intencją. W bajce widzisz emocje, jakie postać niesie. Widzisz, czy jest uśmiechnięta, czy smutna. I idziesz z „kłapami”, jak to się mówi. Gdy postać rusza ustami, trzeba jednocześnie czytać i musisz się zmieścić w kłapach.
W grze czytasz i idziesz za emocją w głosie. Jest dodatkowa trudność, bo coraz częściej w grach komputerowych jest tak, że musisz się zmieścić dokładnie w ramkach. Wiecie, o czym mówię – że to musi być na przykład dokładnie 11 ramek na tekst. Po angielsku to idzie bardzo łatwo, płynnie i miło się tego słucha, a po polsku trzeba mówić bardzo szybko i tekst jest wtedy rwany, niedobry. Ale musi się zmieścić.

 


W języku polskim wymowa trwa dłużej, a czas jest ten sam.

I najczęściej brzmi to, niestety, gorzej.

Uczęszczałaś do szkoły muzycznej…

Tak, dzięki Bogu.

Czy obecność muzyki pomaga w graniu?

Tak. I wielu lektorów ma jeżeli nie wykształcenie muzyczne, chociaż podstawowe, to bardzo dobry słuch muzyczny. To jest dodatkowy atut. Muzyka definiuje to, jak czytamy. Mamy dużo tekstu do przeczytania - załóżmy w reklamie - w ciągu 15 sekund i niby wszystko jedno, jaka jest muzyka. Musimy się zmieścić w 15 sekundach. A jednak gdy realizator puszcza nam różną muzykę, to czytamy inaczej. Bo staramy się łamać rytm albo w niego wchodzić. Mówimy innym głosem. Słuch muzyczny, miłość do muzyki bardzo pomaga.

Wielu lektorów bądź gra na instrumentach, bądź miało - i nadal ma – przygodę ze śpiewem.

Ja gram czasami. Kupiłam pianino, przede wszystkim po to, by moja córka uczyła się grania. Ale na szczęście takie, że można założyć słuchawki i grać sobie nocami. Jak mi czasami smutno, mam jakiegoś doła albo melancholijny wieczór to gram. I daje mi to dużo radości.

Widziałem, ładny instrument. Otrzymałaś Nagrodę im. Andrzeja Nardellego za najlepszy debiut aktorski…

Nie wiem, jakim cudem. To jakiś fart (śmiech).

…tuż po ukończeniu Akademii Teatralnej w dziewięćdziesiątym ósmym.

Tak naprawdę to było fajne przedstawienie! Wyreżyserował je Rafał Sabara, bardzo utalentowany reżyser. I grały dwie genialne aktorki: Sława Kwaśniewska – już nieżyjąca – i Halina Skoczyńska. Też już nie żyje, niestety. Kobiety, które nauczyły mnie przy tej sztuce dużo więcej, niż dała mi cała szkoła teatralna. Nauczyły mnie warsztatu, wszystkiego. Nieraz przeszkadzałam koleżankom na scenie, bo byłyśmy we trzy, tylko my, non-stop. A one wiedziały, czym to się je. Ja byłam nieopierzonym kurczakiem prosto po szkole i gubiłam się, wychodziłam z kulisy prawą nogą i prawą ręką jednocześnie. One mnie niezwykle tremowały, bo wiedziały doskonale po co wchodzą na scenę. Pamiętam, że nawet poszłam do dyrektora z płaczem, że nie dam rady, że nie umiem!
Ale to była najlepsza szkoła teatru, jaką mogłam dostać, przysięgam! Na początku były recenzje, że dwie wysokie kobiety i nigdzie tej trzeciej nie ma, bo chowałam się po kątach i tak naprawdę schodziłam z drogi koleżankom. Halina Skoczyńska grała wtedy na scenie tyle lat, ile ja żyłam. Sława Kwaśniewska grała tyle lat, ile żyła Halina Skoczyńska. A dla mnie to był debiut, więc starałam się coś powiedzieć tak, żeby brzmiało jak najbardziej autentycznie i żeby się już schować za jedną albo za drugą.
Zagraliśmy tę sztukę kilkadziesiąt razy, na pewno doszliśmy do setki.

Miałaś to szczęście, że trafiłaś na autorytety…

Teatr Nowy w Poznaniu był najlepszym, do jakiego mogłam trafić. Był świetnie prowadzony, grali w nim genialni aktorzy, wszystko było świetnie zorganizowane. Dla młodego człowieka po szkole teatralnej najważniejsze jest to, żeby grać, żeby dostawać role i zmagać się.  Dostawałam od razu ważne role, przechodziłam przez całą tę maszynkę i musiałam się wielu rzeczy nauczyć.
Tam na przykład Sława Kwaśniewska ciągle na mnie krzyczała: „Mów! Dziecko, mów! Mów, dziecko, ja nic nie słyszę! Jak cię mają w dwunastym rzędzie usłyszeć? Mów, nie rozumiem! Mów wyraźnie, dziecko!”

 


Na szczęście na studiach miałam najlepszą nauczycielkę od techniki wymowy, panią Grażynę Matyszkiewicz. Po prostu mistrz świata…
Szkoła nauczyła mnie też tego, jak mówić poprawnie. To bolesne, gdy jadę samochodem i słyszę reklamę, w której ktoś mówi na przykład, że papier toaletowy jest „miękki”. Nie mówi się miękki, tylko mięki! Tego drugiego „k” się nie wymawia, bo wtedy samo słowo „miękki” jest… cholernie twarde! Aktorzy – wiedzą. Ludzie, którzy mają karty mikrofonowe – wiedzą. Ale jest masa ludzi, którzy pchają się do mikrofonu i nie wiedzą. To jest bardziej bolesne od tego, że ktoś ma jakiś lekki „seplen”. Gorsze jest to, że tego nikt dzisiaj nie pilnuje i nikt o to nie dba.

Podobnie jest chyba z hiperpoprawnością „ę”.

Oczywiście.

Jak w Twoim przypadku pojawienie się dziecka wpłynęło na życie zawodowe? Trzeba je wtedy przeorganizować.

Kiedy pojawiła się Amelka, nie pracowałam już w teatrze. Na szczęście! Bo nie wyobrażam sobie, że jej nie usypiam, nie czytam bajek, tylko zostawiam z nianią i lecę do teatru. Jakoś sobie tego jeszcze nie wyobrażam… Może jak przyjdzie taki etap, że Amelka powie: „Mamo, olewam cię, idę na spotkanie z koleżankami!”, to może wtedy pożałuję, że nie gram. Ale teraz nie mam nawet czasu pójść, żeby zobaczyć jak koledzy grają i co się dzieje, bo szkoda mi tych wieczorów bez Ami. Bo wiem, że ona bardzo szybko rośnie. Mamy dla siebie krótki czas rano, a potem od 17 do 20 gdy idzie spać. Gdybyśmy tych kilku godzin nie spędzały razem, to bym w ogóle nie widywała dziecka. To byłoby słabo. A ona jest najważniejsza.

Dzięki pracy w dubbingu masz wpływ na godziny nagrań?

Oczywiście, ustala się godziny pracy. I zawsze staram się ustalać tak, żeby wszystko co mam do nagrania zrobić w czasie, kiedy Amelka jest w szkole. Niestety, czasem się nie udaje i moja córka zna chyba wszystkie studia nagraniowe w Warszawie. „O, mamo, tu jest ta fajna praca!” (śmiech). Odbieram ją i jadę zrobić jeszcze jakąś poprawkę, ale to nie jest uciążliwe.
Amelka mówi, że mama „pożycza głos” (śmiech) różnym postaciom, bajkom, Barbarze w radio… Nauczyła się już mnie rozpoznawać. „O, mamo, to ty!”

Poza dubbingiem zdarza Ci się grać w Teatrze Polskiego Radia…

Niestety coraz rzadziej, a to jest świetne.

Tak podejrzewałem, że to wspaniałe doświadczenie.

To jest żywe, cudowne. Nagrywamy razem. Przychodzimy, robimy próbę, a potem czytamy wszyscy w jednym pomieszczeniu. Wszyscy!
Gdy nagrywamy dubbingi, jest tylko realizator, reżyser i ja. Nie ma kolegi, z którym aktualnie dialoguję. A w Teatrze dialog jest autentyczny, dwie osoby są naprawdę przy mikrofonie.

O wiele rzadziej niż „pożyczanie” głosu w dubbingu zdarza Ci się czytanie filmów dokumentalnych.

Bo ja tego nie umiem! Za bardzo się angażuję. Był czas, że przeczytałam kilka audiodeskrypcji. Na przykład do „Casablanki”. I gdy był ten moment przy samolocie…kiedy Bogart żegnał się z Ingrid Bergman i kazał jej wsiąść do samolotu… to ja już płakałam! I mówiłam: „Dobra, nagrajmy to jeszcze raz, już się nie będę wzruszać!” i, kurczę, jakoś nie mogę odciąć się od emocji. Daję się ponieść i nie potrafię tego przeczytać w sposób stonowany. Szlocham i łzy mi lecą (śmiech).

Zatem emocje pomagają w dubbingu, a tutaj wkradają się zdradziecko.

Jestem beznadziejna w czytaniu takich filmów. Strasznie bym chciała, oczywiście! Obiecuję sobie, że w przyszłym życiu – jeżeli mi się zdarzy – będę chudą, zimną suką. I wcale nie będę sympatycznym grubaskiem i nie będę taka emocjonalna! Chciałabym czytać filmy, ale zawsze mnie jakoś tak… poniesie (śmiech).

 


Na deskach warszawskiego Teatru Komedia już Cię nie zobaczymy?

Już w ogóle nie gram. Czasami pojawiam się w serialach, przemykam w trzecim planie. Ale bardzo się wtedy cieszę, spotykam kolegów… Inne życie jest na planie, inne w teatrze, inne w dubbingu.  

Czy masz świadomość, że słuchacze wręcz zwariowali na punkcie Mariana i Barbary z kampanii reklamowej? Czytelnicy naszego portalu często sprawdzają właśnie hasło „Marian i Barbara”.

(śmiech) Bardzo się z Jarkiem lubimy. Nagrywamy to już od dłuższego czasu i czasem pozwalamy sobie na własną interpretację tekstów, czasem coś nam wychodzi tak „na gorąco”. Chłopcy nie pozwalają nam za bardzo „popłynąć”, ale świetnie się przy tym bawimy, więc to się chyba przenosi. Czasem walczymy, bo wydaje nam się, że mogłoby być lepiej albo śmieszniej. Kiedyś nagraliśmy: „Co ty, Marian, choinkę rżniesz?”, ale nie puścili nam tego i musieliśmy nagrać „Co ty, Marian, choinkę piłujesz?” i to już było mniej śmieszne, chyba…

Ogromna szkoda (śmiech). W wędrówce dotarłaś do Warszawy i podejrzewam, że to już ostateczne miejsce?

Mam nadzieję, bo nie chcę się stąd ruszać. Lubię Warszawę.

Jakie miejsca najbardziej?

Mój Wilanów, odpoczywam tu. Lubię Powiśle, gdzie bardzo długo mieszkałam. Parki na Powiślu… To są fajne, takie moje miejsca. 

Dubbing jest Twoją „niszą ekologiczną”, więc można mówić o spełnieniu. Ale czy czegoś byś sobie życzyła?

Boże, boję się mieć marzenia... Chwilo, trwaj. Jest dobrze tak, jak jest. Niech lepiej nic się nie zmienia.

I tego życzą PolscyLektorzy…

Dziękuję.
 


Zdjęcia: Przemysław Strzałkowski / PolscyLektorzy
Asystent planu: Renata Różycka

 

 

 

 

Komentarze (1)

2019-06-16 Mariusz

Pierwszy raz zobaczyłem panią Basię w reklamie ,, Dobrze znać swoje prawa,,.Kiedy dowiedziałem się ,że jest aktorką i to zawodową po szkole teatralnej żałowałem,że nie mieszkałem nigdy w Poznaniu. Moim marzeniem jest zobaczyć choć raz panią Basię ,, na żywo,, na spotkaniu z fanami może na spektaklu ?
Bardzo mi się podoba niepospolita uroda pani Basi ( te szarozielone oczy i uśmiech) oraz talent. Cenię w niej tę skromność i nie pozowanie na ściankach czy udział w bankietach i imprezach masowych.Dziękuję w tym miejscu pani Basi za to ,że znajduje czas na odpisanie za przesłane życzenia świąteczne czy imieninowe.
Pani Basiu życzę wielu ciekawych ról i tych czytanych ale także tych na scenie czy w filmie. Na koniec dodam , że narratorstwo w filmach dokumentalnych wychodzi również doskonale pani Basi.Do dzisiaj mam w uszach ten ciepły delikatny głos w filmie dokumentalnym BBC o księżnej Dianie.
Pani Basiu -życzę nieustająco samych sukcesów.

Zawodowcy do wynajęcia

reklama

Agencja MediaNawigator.com